poniedziałek, 27 marca 2017

Wszyscy rodzimy się szaleni, a niektórzy dołączają do teatru

Jedną z form artystycznego wypróżniania się, którym ostatnio się oddaję, jest teatr amatorski - znaczy się, eee, Sztuka Teatralna w Wykonaniu Młodych Adeptów. Jesteśmy właśnie po Dniach Teatru, czyli dwudniowym maratonie wszystkich spektakli, jakie do tej pory opracowaliśmy, więc presja była, delikatnie mówiąc, dość duża. Ale wszystko wyszło zajebiście w cyc, wespół ze wszystkimi płaczę ze szczęścia wewnętrznymi diamentowymi łzami i do tego spałam dziś do południa. 
I pomyśleć, że w szkole i na studiach te wszystkie The Globy, Wsiewołody Meyerholdy i Nie-Wiem-Kim-Był-Grotowski-e jakoś niespecjalnie mnie interesowały - ale wystarczyło obejrzeć teatr z bliska, by zobaczyć, że to jedna z lepszych inicjatyw, w jakich w ogóle można wziąć udział. Także ten, post z dedykacjo, moja droga trupo teatralna.
Do tego miałam przyjemność narysować kolorowanki z moimi ziomeczkami, którzy grali w bajkach, coby przybyłe dziecki (faktyczne i umysłowe) miały pamiątkę. Chwalę się więc.
Rycerz niezłomny Macieja Wojtyszki

Śnieżka na opak
(Komiksy już wkrótce, wszak trzeba zapełnić tę dojmującą pustkę w życiu, skoro nie ma już prób, uch och)

wtorek, 14 lutego 2017

Sealed with a kiss


Tak mnie naszło, by zrobić coś analogowo. Nie tylko zrobić szkic, który jest jedynie wytyczną, jak stawiać kreski na tablecie, a który to szkic później wala się po szufladzie. Skoro o miłości mowa, miałam chęć zrobić coś, co przypomina mi moje początki w rysowaniu komiksów - ręcznie, krzywo i radośnie, czyli tak, jak sześć lat temu. Lubię tablet, potrafi bardzo ułatwić życie i z Fotoszopem daje praktycznie nieograniczone możliwości, ale nie ma w nim przyjemności realnego obcowania z narzędziami, z którymi się pracuje - przyjemności płynącej z zapachu drewna w ołówkach, z chropowatości papieru, z kreślenia linii piórkiem, i nawet z tej przypadkowości, której efektów nie da się naprawić. Co potrafi być paraliżujące, skoro nie ta się tego cofnąć trzema klawiszami. Ale i wyzwalające.

***
Foczki wymyślił Szogun. Zwierzęta stale nam towarzyszą, chociażby dlatego, że ja zbieram żaby, a on nosorożce. Ponadto nie tylko podryw na dinozaury, a wspólna życiowa pasja stała się zalążkiem naszej znajomości; jakże miodnie jest rozwodzić się nad palatalizacjami w językach bałtosłowiańskich i nad tym, jaki chwyt literacki sprawi, że bohater będzie bardziej interesujący niż kłoda. A pasja tudzież hobby są równie istotne, co związki międzyludzkie i tak samo wymagają pielęgnacji i uczucia, więc czemu nie podpiąć tego pod walentynki. 
Nie policzę, ile razy się piekliłam, bo mi coś nie wyszło, bo kolory dupne, bo pomysł dupny, bo krzywo przykleiłam, nie umiem opisywać krajobrazów, bo bohaterowie są tak finezyjni jak owa kłoda - a w szerszej perspektywie, czy to, co robię, ma jakiś sens, czy komuś się to w ogóle podoba, czy wśród profesjonalistów będzie miejsce dla moich dziełek. Lecz jak to mądry rabbi rzekł, wchodzimy w relacje, bo czyjeś towarzystwo jest dla nas o wiele istotniejsze niż ludzka niedoskonałość. Tak samo nawet w najmniej dochodowej i prestiżowej pasji chodzi o to, czy daje nam szczęście - a i tak nie zawsze wygląda ono tak samo i czasem czuć tylko frustrację. Brzmi kołczingowo, ale banały mają to do siebie, że są prawdziwe; bo frustracja nie jest aż tak przykra jak życie bez pasji - nawet jeśli jest to zbieranie nakrętek po coli. 

***
Klasyczny wariant spędzenia walentynek przypadł mi w życiu tylko raz - poszłam na randkę, i to pierwszą w życiu, była czerwona róża, wypad na kręgle itepe. Wspominam to raczej z zażenowaniem, bo dopiero po umówieniu się skumałam, że sobota to walętyngi, potem rozpięła mi się bluzka na cyckach (co zauważyłam już w domu), sala z kręglami nie jest miejsce, gdzie można się klarownie porozumieć, a sam delikwent nagle zapragnął przymierzać ciuchy, więc przeciągnął mnie po paru sklepach. Zapewne to tylko potwierdzenie, że bycie człowiekiem będzie dla mnie zawsze ziemią nieznaną, a moim przeznaczeniem jest bycie reptilianinem z genem wiecznej wtopy.
Poza tym 14 lutego kojarzy mi się dosyć ambiwalentnie. Z jednej strony jest to pasmo upokorzeń fundowane co roku przez speców marketingowych (Dolan mi powiedziała, a umie w marketing, że po prostu trzeba było zapełnić dziurę między Bożym Narodzeniem a Wielkanocą) i wspomnienia z czasów, gdy w klasie moja imienniczka dostawała sześć walentynek, a ja żadnej, bo się było żeńskim stulejarzem. A z drugiej strony, u nas to święto całkiem rodzinne, bo dziś gotuje się tak wykwintne spécialité de la maison jak romantyczna kaszanka i obdarowuje czymś słodkim - w czym o dziwo przoduje babcia, a skoro pamięta wojnę, to mogłaby mieć wywalone na to nowomodne, imperialistyczne święto. 
Mam więc gdzieś tam w duszy kompleks stulejarności, że nie spędziłam jak dotąd tego dnia pijąc szampana na balkonie jakiejś paryskiej kamienicy i nie przeżyłam nocy miłosnej z płatkami róż truskawkami w czekoladzie. Ale potem ze zdwojoną siłą wraca mi rozum i godność człowieka, wspominam tę pierwszą randkę, i już wiem, że jakbym miała 14 lutego pójść do kina na Greya, co by odhaczyć pierwszy punkt z Kina, Kolacji i Kopulacji, to palnęłabym sobie w łeb. Obecnie niemal każde święto, także religijne, składa się głównie z produktów, na które mamy wydać dużo, dużo pieniążków - a przecież Bożego Narodzenia nie spędzamy idealnie tak jak w reklamie, w koszulach wypranych w persilach i innych vizirach, z barszczem instant i biovitalem pod choinką. W takim wypadku też wsadziłabym lufę w usta. Zatem po prostu bawmy się dziś dobrze - jedząc kaszankę, gadając z babcią i, dajmy na to, idąc na randkę z kilkusetletnim dębem.

***

A jeśli potrzebujecie podkładu muzycznego pod czułości, oto moja propozycja. Co prawda w tytule jest Christian, a wokalista to Steele, ale zapewniam, będzie o wiele romantyczniej niż u Greya.
https://www.youtube.com/watch?v=3sMALbhJU6M