czwartek, 19 października 2017

Wyciągnij dłonie i chwyć marzenie

Serio, jak mi w życiu plany nie wyjdą, to zostanę Karolem Krawczykiem. Dobrze płacą, a ja lubię jeździć komunikacją miejską. 
Wspomniany komiks z mezozoiku jest TUTAJ, naprawdę nie wierzę, że minęło aż tyle czasu.

Ostatnio wybitnie spodobały mi się akwarele. (Akurat tutaj to fotoszopowy pic, to nawet nie są pędzle, tylko kleksy, ale swoją rolę spełniają.) Przez większość życia byłam imbecylem, jeśli chodzi o farby - dopiero w zeszłym roku dowiedziałam się od absolwentki ASP jak ich używać i byłam zachwycona tym, jakie dają możliwości i w ogóle jakie są plastyczne, jak można nimi operować. Tymczasem niedawno przeszłam Child of Light i do teraz ronię łzy nad tą grą, jaka ona jest śliczna (i ile życia musiała zabrać grafikom i projektantom) - o jej urodzie stanowią między innymi akwarelowe pejzaże i scenerie, i przez to okrutnie zachciało mi się malować.

Podobny obraz
Takie tam, co nie
Kupiłam sobie pędzel (w sklepie plastycznym uciekałam przez zblazowanym artystą który LIZAŁ PĘDZLE), wydobyłam swoje pudełko akwarelek i okazało się, że nie taki wielki ze mnie imbecyl. Postaram się niedługo machnąć coś fajnego.

PS Magiczna księżniczka syrenka ninja nie jest moim pomysłem - chciałabym napisać coś w stylu 'pozdro dla kumatych' albo 'kto nie skacze ten jest antychryst', ale okej, to chyba zbyt niszowe, więc jak graliście w Hokus Pokus Różowa Pantera, to wiecie.

czwartek, 14 września 2017

Komiks psychologiczny


Moja pewność siebie, motywacja, samoocena i tego typu figury są zazwyczaj niestabilne jak stara dziwka w tańcu. Jednego dnia pędzę do domu ze sklepu komiksowego, bo zorientowałam się, że tylko ja niczego jeszcze nie wydałam, więc lecę wyprodukować jakieś arcydzieło. Drugiego dnia łkam i smarkam sobie w łokieć, bo jestem jedynym nieogarem wśród pięknych, spełnionych, natchnionych kołczingiem ludzi, którzy pływają w pieniądzach jak Sknerus McKwacz.
Poza tym true story bro, nawet pies się zainteresował tym, co ja tam pokazuję.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Żabencja od kuchni - niesamowity, ekskluzywny komiks Anno Domini 2005

Podczas rozmowy z Szogunem o szeroko pojętych magical girlsach, przypomniało mi się pewne cudo, które popełniłam w wieku lat 15. Wtedy mój umysł przede wszystkim zajmowały owe magical girlsy, czyli Kamikaze Kaito JeanneW.I.T.C.H. i Tokyo Mew Mew, a w połączeniu z gimnazjalną gehenną mój umysł produkował bardzo dużo tego typu historii, naturalnie ze mną w roli głównej. Wiecie, nie mogę pójść do szkoły, bo muszę uratować alternatywny świat, w którym notabene mieszka seksowny odmieniec napalony na mnie jak kornik w czasie święta lasu. To i rysowałam czasem takie kwasi-terapeutyczne komiksiki, oczywiście długopisem na kartkach w kratę, a ta opowiastka jest integralną częścią mojego ówczesnego dziennika (prowadzonego w kalendarzu z Paschaliną - miał ktoś? :D). I tak patrzę w tę otchłań, otchłań patrzy na mnie i poczułam nieodpartą chęć podzielenia się nią z Wami.

I powiem szczerze, o ile takie treści magicalowogirlsowe nie są skrajnie idiotyczne albo obliczone wyłącznie na trzepanie pieniądza, to ja je wciąż zaprawdę szanuję. Okres dojrzewania jest gówniany i trzeba mieć w kimś oparcie, nawet jeśli jest to piątka dziewczyn o nienaturalnych kolorach włosów. A o dziwo, taki Łicz po latach jawi się jako całkiem życiowy, bo prócz naparzania mocami żywiołów w orki były tam trudne relacje z rodzicami, ciężkie próby przyjaźni i rozczarowania uczuciowe. (Och, jak moje serduszko łkało przy zerwaniu Cornelii z Calebem, bo w Calebie byłam nieprzytomnie zadurzona. Dopiero potem zobaczyłam, że to zwykły dupczak, który potem poderwał jej najlepszą przyjaciółkę, bo nie było innych lasek w Meridianie. Samo życie.)

Tyle tytułem wstępu, oto wiekopomnie dzieuo (miejscami poprawiłam litery, bo bazgrałam wtedy przeohydnie): 



poniedziałek, 31 lipca 2017

Komiks poniekąd zaangażowany (i bardzo wulgarny) (językowo)

Kiedy byłam nastolatką, mniej więcej gdzieś w mezozoiku, to internet dzielił się przede wszystkim na dwa obozy: tych, którzy nienawidzili Tokio Hotel i tych, którzy bronili ich honoru. 
Z mniej przyjemnych rzeczy dziejących się w tak zwanym realu (chyba jeszcze istnieje to miejsce) pamiętam epizod, gdy dziewczyna z równoległej klasy została opluta tylko dlatego, że założyła koszulkę z zespołem metalowym. Ale to był Służew, to osobna historia.

Nie mówię, że Kiedyś Było Lepiej. Ani że nastolatki w ogóle nie interesowały się polityką i społeczeństwem. Tylko że pojazdy na Tokio Hotel, Blog 27 i podobne zespoły trzeba było specjalnie wyszukać, bo raz, internet jeszcze nie umiał dobrze w serwisy społecznościowe, a dwa, dotyczyło to wąskiego grona wielbicieli i hejterów (stpol. nienawistników). Obrzucano się dłuższą chwilę inwektywami, produkowano kolejne posty - po czym i tak się z tego wyrastało. 

Tymczasem ta mała nienawiść na tle muzycznym nijak ma się do nienawiści, jaką można teraz zaobserwować pod co drugim, trzecim postem na fejsie, filmem na Youtube, komentarzu na serwisie informacyjnym. Na temat mowy nienawiści wypowiedziało się już tyle osób i w taki sposób, że mój komentarz nie jest niezbędny; zadziwia mnie jednak zmiana mentalności wśród nastolatków, czasem wręcz dzieci - ten mój mezozoik miał miejsce ledwo dekadę temu. Też interesowaliśmy się polityką, bo w końcu chciano ubrać nas w mundurki, straszono homotubisiami, a beka z rządzących była na porządku dziennym. Ale nikt wtedy nie próbował masowo udowadniać, że prawaki są ociężałe umysłowo, a lewaki to chyba są dumne, że są pierdolnięte; nikt masowo nie przerzucał się absurdalnie rozbudowaną argumentacją na temat wolnego rynku, no i nie było kiedyś tak... serio, jak jest teraz. Wiadomo, skąd taki podział - podobno już z 15 lat temu w "Tygodniku Powszechnym" wieszczono, że wydarzy się coś naprawdę wielkiego kalibru, co spowoduje rozłam w kraju i niemożność porozumienia stron - i właśnie przeraża mnie, że kategoryzacja społeczna jest teraz podporządkowana dwóm obozom. No dobra, czterem, bo można być jeszcze kryptolewakiem i Żydem z zarządu powierniczego. Serio, już wolałam, kiedy było się metalem i nienawidziło się techno, bo tak. To "bo tak" nie niosło ze sobą zagrożenia większego niż to, że naplują na ciebie dresy albo wdasz się w bójkę z wyznawcami nu-metalu, bo nu-metal to gówno przecież, nie metal.

Uczciwie przyznam, że nie jestem osobą, która zupełnie ale to zupełnie nie zwraca uwagi na to, czy ktoś sympatyzuje z prawicą, czy z lewicą. Aczkolwiek nie liczy się to dla mnie w pierwszej kolejności, czy może raczej - to tylko jedna ze składowych osobowości, a skoro polityką nie interesuję się tak bardzo jak, dajmy na to, tą nieszczęsną muzyką, to schodzi to na daleki plan. Zwłaszcza, kiedy dobrze się ze sobą dogaduje. Może dlatego jestem totalnym lewakiem, bo, jak wiadomo, lewaki tolerują wszystko jak leci i są przecież nielogiczni. Ale jeśli lewactwo gwarantuje mi dobre dogadywanie się z patriotami, katolikami, komunistami, żydami, protestantami, peowcami i pisowcami, w dwóch słowach, z porządnymi ludźmi - to chcę je pielęgnować. 
(Właściwie to dalej trochę oceniam ludzi po guście muzycznym. Poza tym w tej materii łatwo można nabrać pokory, kiedy zaczyna ci się podobać kawałek Harry'ego Stylesa.)


PS 1 Daily Mordor: ostatnio do tramwaju wsiadło z pięciu zaprawionych już młodzieńców i całą drogę wysłuchiwałam CZY JEST TU JAKIŚ CWANIACZEK Z PO, JEBAĆ PO, PO ROBI LACHY, TYLKO PIS, JA JESTEM ZA POLSKĄ, JAK KTOŚ JEST ZA PO TO OBIJEMY MU Z KOLEGAMI MORDĘ! Na szczęście trzydzieści jeden ma krótką trasę.

PS 2 W trakcie pisania podkreślało mi tu słowo "prawak" jako błąd. Brak podkreślenia przy słowie "lewak". Blogger, what did you do.

PS 3 Żeby nie być gołosłowną, własnoręcznie wykopałam i poczyniłam podobizny takich reliktów z minionej epoki:

Rycina 1. Typowy szablon bloga szkalującego grupę z Magdeburga
Rycina 2. Mam wrażenie, że skądś znam wyrażenie "bezmózgie yeti"
PS 4 Zainteresowanych obrazem poglądowym, jak wygląda warszawski Służew i w jakich klimatach pobierałam nauki, odsyłam do teledysku TUTAJ, który to jest teledyskiem bardzo prawilnym. Akcja w dużej mierze dzieje się na moim dawnym boisku szkolnym. Generalnie zabrakło mi na egzaminie 3 punktów do wymarzonego gimnazjum i te 3 punkty bardzo zaważyły na moim dalszym życiu.

PS 5 Na zakończenie - tym razem muzyczka lewacka (która zawitała w Opowieści podręcznej; czytałam, serialu nie oglądałam, ale za obecność The Knife propsuję go w ciemno):



poniedziałek, 24 lipca 2017

Morskie impresje


Spędziłam trzy tygodnie nad morzem i jestem wybitnie wyczilowana, mimo iż potrafiło padać przez trzy dni z rzędu.


czwartek, 1 czerwca 2017

Gender z woli Boga

Dwa dni temu była rocznica spalenia Joanny d'Arc na stosie, aże nie wyrobiłam się na ten dzień, serwuję Wam tę rozkoszną datę na Dzień Dziecka. Joanna wkurza prawaków od Anno Domini 1431, bo w gruncie rzeczy jej herezja opierała się głównie na noszeniu spodni; lewak za to skonstatuje, że była zaprzysięgłą rojalistką i wszystkich czynów dokonała w imieniu nie własnym, a patriarchalnego bóstwa. 

Joaśkę po raz pierwszy napotkałam w wieku 6 lat w encyklopedii Larousse'a, a gdy miałam 15 lat i na okrągło słuchałam o niej piosenki, stwierdziłam, że ta babka jest bardziej niż cool. Wiejska dziewczyna, pochodząca z zapadłej dziury gdzieś w Lotaryngii, razu pewnego naściemniała rodzicom, że jedzie odwiedzić ciężarną kuzynkę - a tymczasem udało jej się zorganizować własną drużynę rycerską, po czym pokonać kilkaset kilometrów do siedziby delfina Karola, następnie spektakularnie wygrać kilka strategicznych bitew i doprowadzić do koronacji owego delfina. Miała mieć wówczas 17 lat, przeciętna nastolatka myśli wtedy o zaoszczędzeniu na nowy kompakt Eda Sheerana, a przeciętna nastolatka średniowieczna - by zmówić zdrowaśkę i wypasać barany. Z miejsca stała się moją idolką, bo w fantazjach też chciałam być taką czadową laską z mieczem, a w życiu codziennym być odważniejszą.
Lata później widzę w niej raczej ofiarę politycznych układów, zarówno szczęśliwych zbiegów okoliczności, jak i zaniechań, chciwości i nienawiści. Nie zmienia to jednak faktu, że wszystko zaczęło się od charyzmy i uporu Joanny; pod ostrzałem kilkudziesięciu teologów udzielała odpowiedzi, od których palił się im grunt pod nogami, a w obliczu śmierci - raz przymuszona odwołała swoje zeznania, by potem do nich stanowczo wrócić.
Piętnastowieczna wieśniaczka w sumie dalej jest cool.


poniedziałek, 15 maja 2017

Mordor

Zamieszkałam w słynnym Mordorze. Dla niewtajemniczonych - Mordor to postindustrialna dzielnica Warszawy, którą to drzewiej jako wieś ustanowił książę Janusz I, i którego imię nijak nie sugeruje charakteru tegoż terenu. Nazwy ulic przywodzą na myśl socrealistyczne powieści Lema, bo żeby nazwać ulicę Taśmowa, Racjonalizacji, Konstruktorska albo Postępu, to trzeba być natchnionym bardzo specyficznym hurraoptymizmem. Do niedawna straszyły tu stare fabryki Zrembu i budynki typu lipsk, a obecnie zagubić się można wśród kanionów biurowców, skąd w godzinach popołudniowych następuje masowy exodus, blokujący wszystkie główne arterie okolicy i także metro. Przecina tę dzielnicę najkrótsza linia tramwajowa w mieście i na odcinku zaledwie 3 kilometrów, w 3-minutowych odstępach kursują tramwaje tak nabite do ostatka, że wyjście na stację metra przypomina uniesienie przez falę orków.

Mimo to zakątek przeze mnie zamieszkały jest całkiem przyjemny. Warunkiem koniecznym było szybkie sprawienie sobie firanki, by orki ludzie w biurowcu naprzeciwko nie umilali sobie roboty widokiem, jak szukam spodni, ale jak już się zasłoniłam, to sobie mogę tańcować. Zresztą, biurowce po bliższej styczności robią się neutralne i same w sobie nie generują żadnych emocji. Nie jest to oczywiście mieszkanie tuż pod lasem, ale na pocieszenie mam pod balkonem ogródki i też planuję picnąć sobie na parapecie jakiś mały ogródeczek. W gruncie rzeczy poza godziną 17 nie czuć, że mieszka się opodal Oka Saurona.
Nie wiem, gdzie ono dokładnie jest, ale wiem z zaufanego źródła, że chodzi do Galmoku na sushi i zakupy ze stylistą.

poniedziałek, 27 marca 2017

Wszyscy rodzimy się szaleni, a niektórzy dołączają do teatru

Jedną z form artystycznego wypróżniania się, którym ostatnio się oddaję, jest teatr amatorski - znaczy się, eee, Sztuka Teatralna w Wykonaniu Młodych Adeptów. Jesteśmy właśnie po Dniach Teatru, czyli dwudniowym maratonie wszystkich spektakli, jakie do tej pory opracowaliśmy, więc presja była, delikatnie mówiąc, dość duża. Ale wszystko wyszło zajebiście w cyc, wespół ze wszystkimi płaczę ze szczęścia wewnętrznymi diamentowymi łzami i do tego spałam dziś do południa. 
I pomyśleć, że w szkole i na studiach te wszystkie The Globy, Wsiewołody Meyerholdy i Nie-Wiem-Kim-Był-Grotowski-e jakoś niespecjalnie mnie interesowały - ale wystarczyło obejrzeć teatr z bliska, by zobaczyć, że to jedna z lepszych inicjatyw, w jakich w ogóle można wziąć udział. Także ten, post z dedykacjo, moja droga trupo teatralna.
Do tego miałam przyjemność narysować kolorowanki z moimi ziomeczkami, którzy grali w bajkach, coby przybyłe dziecki (faktyczne i umysłowe) miały pamiątkę. Chwalę się więc.
Rycerz niezłomny Macieja Wojtyszki

Śnieżka na opak
(Komiksy już wkrótce, wszak trzeba zapełnić tę dojmującą pustkę w życiu, skoro nie ma już prób, uch och)

wtorek, 14 lutego 2017

Sealed with a kiss


Tak mnie naszło, by zrobić coś analogowo. Nie tylko zrobić szkic, który jest jedynie wytyczną, jak stawiać kreski na tablecie, a który to szkic później wala się po szufladzie. Skoro o miłości mowa, miałam chęć zrobić coś, co przypomina mi moje początki w rysowaniu komiksów - ręcznie, krzywo i radośnie, czyli tak, jak sześć lat temu. Lubię tablet, potrafi bardzo ułatwić życie i z Fotoszopem daje praktycznie nieograniczone możliwości, ale nie ma w nim przyjemności realnego obcowania z narzędziami, z którymi się pracuje - przyjemności płynącej z zapachu drewna w ołówkach, z chropowatości papieru, z kreślenia linii piórkiem, i nawet z tej przypadkowości, której efektów nie da się naprawić. Co potrafi być paraliżujące, skoro nie ta się tego cofnąć trzema klawiszami. Ale i wyzwalające.

***
Foczki wymyślił Szogun. Zwierzęta stale nam towarzyszą, chociażby dlatego, że ja zbieram żaby, a on nosorożce. Ponadto nie tylko podryw na dinozaury, a wspólna życiowa pasja stała się zalążkiem naszej znajomości; jakże miodnie jest rozwodzić się nad palatalizacjami w językach bałtosłowiańskich i nad tym, jaki chwyt literacki sprawi, że bohater będzie bardziej interesujący niż kłoda. A pasja tudzież hobby są równie istotne, co związki międzyludzkie i tak samo wymagają pielęgnacji i uczucia, więc czemu nie podpiąć tego pod walentynki. 
Nie policzę, ile razy się piekliłam, bo mi coś nie wyszło, bo kolory dupne, bo pomysł dupny, bo krzywo przykleiłam, nie umiem opisywać krajobrazów, bo bohaterowie są tak finezyjni jak owa kłoda - a w szerszej perspektywie, czy to, co robię, ma jakiś sens, czy komuś się to w ogóle podoba, czy wśród profesjonalistów będzie miejsce dla moich dziełek. Lecz jak to mądry rabbi rzekł, wchodzimy w relacje, bo czyjeś towarzystwo jest dla nas o wiele istotniejsze niż ludzka niedoskonałość. Tak samo nawet w najmniej dochodowej i prestiżowej pasji chodzi o to, czy daje nam szczęście - a i tak nie zawsze wygląda ono tak samo i czasem czuć tylko frustrację. Brzmi kołczingowo, ale banały mają to do siebie, że są prawdziwe; bo frustracja nie jest aż tak przykra jak życie bez pasji - nawet jeśli jest to zbieranie nakrętek po coli. 

***
Klasyczny wariant spędzenia walentynek przypadł mi w życiu tylko raz - poszłam na randkę, i to pierwszą w życiu, była czerwona róża, wypad na kręgle itepe. Wspominam to raczej z zażenowaniem, bo dopiero po umówieniu się skumałam, że sobota to walętyngi, potem rozpięła mi się bluzka na cyckach (co zauważyłam już w domu), sala z kręglami nie jest miejsce, gdzie można się klarownie porozumieć, a sam delikwent nagle zapragnął przymierzać ciuchy, więc przeciągnął mnie po paru sklepach. Zapewne to tylko potwierdzenie, że bycie człowiekiem będzie dla mnie zawsze ziemią nieznaną, a moim przeznaczeniem jest bycie reptilianinem z genem wiecznej wtopy.
Poza tym 14 lutego kojarzy mi się dosyć ambiwalentnie. Z jednej strony jest to pasmo upokorzeń fundowane co roku przez speców marketingowych (Dolan mi powiedziała, a umie w marketing, że po prostu trzeba było zapełnić dziurę między Bożym Narodzeniem a Wielkanocą) i wspomnienia z czasów, gdy w klasie moja imienniczka dostawała sześć walentynek, a ja żadnej, bo się było żeńskim stulejarzem. A z drugiej strony, u nas to święto całkiem rodzinne, bo dziś gotuje się tak wykwintne spécialité de la maison jak romantyczna kaszanka i obdarowuje czymś słodkim - w czym o dziwo przoduje babcia, a skoro pamięta wojnę, to mogłaby mieć wywalone na to nowomodne, imperialistyczne święto. 
Mam więc gdzieś tam w duszy kompleks stulejarności, że nie spędziłam jak dotąd tego dnia pijąc szampana na balkonie jakiejś paryskiej kamienicy i nie przeżyłam nocy miłosnej z płatkami róż truskawkami w czekoladzie. Ale potem ze zdwojoną siłą wraca mi rozum i godność człowieka, wspominam tę pierwszą randkę, i już wiem, że jakbym miała 14 lutego pójść do kina na Greya, co by odhaczyć pierwszy punkt z Kina, Kolacji i Kopulacji, to palnęłabym sobie w łeb. Obecnie niemal każde święto, także religijne, składa się głównie z produktów, na które mamy wydać dużo, dużo pieniążków - a przecież Bożego Narodzenia nie spędzamy idealnie tak jak w reklamie, w koszulach wypranych w persilach i innych vizirach, z barszczem instant i biovitalem pod choinką. W takim wypadku też wsadziłabym lufę w usta. Zatem po prostu bawmy się dziś dobrze - jedząc kaszankę, gadając z babcią i, dajmy na to, idąc na randkę z kilkusetletnim dębem.

***

A jeśli potrzebujecie podkładu muzycznego pod czułości, oto moja propozycja. Co prawda w tytule jest Christian, a wokalista to Steele, ale zapewniam, będzie o wiele romantyczniej niż u Greya.
https://www.youtube.com/watch?v=3sMALbhJU6M