wtorek, 23 października 2018

Ekler tudzież K(i)ler, czyli najważniejszy film o bocianach tego roku - recenzja

Zauważyłam, że zbiera mi się na napisanie dłuższego tekstu głównie wtedy, gdy coś mnie niemożebnie zeźli. Tak też było z Greyem, Autorkasią i linczowaniem Bowiego zaraz po jego śmierci. No cóż - obejrzałam parę dni temu Kler.

No wiecie, jednak człowiek chciał zobaczyć na własne oczy film, który wywołał taką podnietę w społeczeństwie na długo przed premierą - zagrały w moim przypadku też ciąguty prywatne, o których nadmienię za chwilę. Wybrałam się na seans w miłym, skromnym gronie, do równie miłego, skromnego kina. Miał to być miły wieczór, celem którego było jakieś odchamienie, a co najwyżej – rozrywka.


JAK MNIE TEN FILM WKURWIŁ


Mogłabym poprzestać na takiej minirecenzji, oddając głos innym, chociażby widzom, którzy o kinematografii mają większe pojęcie niż ja. Jeśli jednak film mnie irytuje do tego stopnia, że psuje mi cały wieczór, to chociażby dla samej siebie wyłożę i wyklaruję swoje przemyślenia.

Moje tak zwane Tragic Backstory, jeżeli chodzi o katolicyzm, ma spory udział w tym, jakim jestem odbiorcą tego filmu. A stosunek mój do Kościoła lapidarnie streścić mogę w słowie „ambiwalencja”. W życiu bowiem obrałam drogę umiarkowanego lewaka (takiego typowego rozwodnionego poglądowo wykształciuszka) – antyklerykalizm zatem powinien być moim zgodnym z trendami hasłem przewodnim. No cóż, w każdym razie na szczęście żaden proboszcz nie pokazywał mi kotka, który jakimś trafem skrył się u niego pod sutanną. Ale po pewnej przygodzie w Częstochowie, kiedy to znajomy ksiądz zabrał mnie i koleżanki na „wycieczkę”, która okazała się festiwalem egzorcyzmów – w tym jedna z nas została do nich siłą zmuszona – jakoś mój entuzjazm wobec tej instytucji zmalał. Na pewno walnie przyczynił się do tego, że nieodmiennie w każdą niedzielę mój tłusty tyłek grzeje kanapę, zamiast kościelną ławę. 

Z drugiej strony nie uważam jednak, że całą tę instytucję należy zrównać całkowicie z ziemią; zreformować, owszem, ale nie wyrugować zupełnie z życia. Zresztą, nie jest to nawet możliwe, skończyłoby się to zresztą niewiele lepiej jak w rewolucyjnej Francji. A co do tych ciągut prywatnych – to chyba każdy, kto mnie zna, wie, że wykazuję kapkę dziwną fascynację katolicyzmem. Dość powiedzieć, że figura księdza budzi we mnie jednocześnie lęk, jak i jakieś specyficzne zaufanie. Nie umiem tego wytłumaczyć. Prawdopodobnie to freski z mojej pierwszej parafii tak mi zryły beret.

Rycina 1. Rzeczy, które zryły mi banię w dzieciństwie
(zrzut fresku ze strony http://parafiajakuba.pl/spacer.html)
Piszę o tym, bo rzuca to pewne światło na moje oczekiwania wobec Kleru. Nie czuję się w pełni ani katolikiem, ani antyklerykałem na pełnej petardzie, więc przyszłam do kina jako tako wolna od nastawienia, że Smarzowski utwierdzi mnie w mojej wizji świata albo ją zburzy. Nawet jeśli nie obejrzałabym filmu, który pokazałby proces powolnego przeżuwania młodego człowieka przez kościelny system, albo który by nie pokazał, w jaki sposób rodzi się zło w łonie tego systemu – to chociaż chciałam obejrzeć coś, co mnie zszokuje. Bo ja wiem – szczepionych ministrantów bawiących się w pociąg z proboszczem jako lokomotywą, walenie bełta ze złotego kielicha i wciąganie kreski z kokainy i sproszkowanej hostii, nawalone gołe zakonnice tańczące wokół krucyfiksu i onanizujące się nogą drewnianego Jezusa, kocenie kleryka poprzez zmuszanie do czyszczenia ospermionych kafelków własnym językiem – cokolwiek. Dajcie mi pięć minut, a stworzę więcej takich fantazyjnych scenariuszy.

Rycina 2. Wizualizacja mojej kreatywności odnośnie nieprzystojnych scenariuszy
Słyszałam głosy, że Kler to po prostu Drogówka, tyle że z inną grupą zawodową – ale nie spodziewałam się, że naprawdę dostanę coś, co w żaden sposób nie jest odkrywcze. Nie jest to do końca trafny zarzut, bo odkrywcze to są przede wszystkim programy dla dzieci o literkach, ale jeżeli cały kraj dostaje wścieklizny przez jeden film, no to można mniemać, że pokazuje coś naprawdę skandalicznego i odkrywa rąbka jakiejś tajemnicy. Nie zobaczyłam jednak nic, o czym bym nie wiedziała i o czym by nie wiedział przeciętny obywatel, który nie przeżył ostatnich lat w lepiance z gówna gdzieś w Bieszczadach. Pedofilia, korupcja, związki homoseksualne, znęcanie się nad wychowankami katolickich instytucji, olbrzymie wpływy sięgające najwyższych szczebli państwowych – hej, żyjemy przecież w kraju, gdzie budowa gigantycznej sakralnej sokowirówki pochłonęła miliony, a w koronie największego na świecie Jezusa ze Świebodzineiro mamy jakieś podejrzane nadajniki. Polacy wiedzą, z czym się handluje. Tak naprawdę jedyne, co mnie zaskoczyło, to te pliki pieniędzy wielkości cegieł, kitrane po kątach w siatkach z Biedry, zupełnie jakbyśmy nie wyszli mentalnie z lat 90. i gangsterskich komedii z Cezarym Pazurą. Ale może kler woli nie używać kont bankowych, nie wiem, nie znam się.

Rycina 2. Przeciętny dzień polskiego księdza
(rycina wykonana własnoręcznie)
Jednakże to nihil novi dałoby się obronić z łatwością – gdyby podbudowane było dobrym scenariuszem i równie dobrą historią do przekazania. I zapowiadał to sam początek filmu, gdzie trzech księży spotka się w rocznicę swojego cudownego ocalenia z trzewi płonącego kościoła. Każdego z nich życie rzuciło w zupełnie inne miejsce, każdy z nich ma inne doświadczenia, a jednak nieodmiennie spotykają się ze sobą, by celebrować życie w najbardziej polski sposób – waląc wódę i robiąc zawody, kto najebany szybciej obiegnie mieszkanie. No prawie jak na twoim ślubie, tyle że zamiast wujków masz typa, który ci udzielił tego ślubu. Jest swojsko, bo wcale się nie spodziewasz, że taka trójka podczas takiego spotkania jedynie czyta brewiarz. W owym stanie wskazującym nasi bohaterowie w ciągu jednej nocy namaszczają umierających, powodują wypadek i robią burdę w kościele, załagodzoną jednym telefonem. Hej, tu kroi się całkiem dobra historia. Może być całkiem zabawnie.

I na krojeniu w zasadzie się zakończyło. Nie powiedziałabym, że brak tu zupełnie fabuły, bo owszem, istnieje jakaś oś fabularna. Jednak choć losy trzech księży o siebie zahaczają, tak naprawdę więź między nimi nie ma znaczenia – poza jednym momentem szantażu; tu muszę oddać sprawiedliwość, że to była dobra scena. Mimo to nie da się nie odnieść wrażenia, że rozbicie fabuły na troje spowodowane jest tylko tym, by upchnąć w filmie maksymalne stężenie klerykalnego syfu na jednego duchownego. Miałam też odczucie, że mimo jakiejś–tam–fabuły cała historia to luźno nawleczone paciorki scen, z których nie zawsze coś wynika. Nagłe skoki i cięcia między nimi tylko mnie w tym utwierdzały. 

Nie jest bowiem problemem to, o czym film opowiada, tylko w jaki sposób to robi. Grzechy, z których Smarzowski Kościół rozlicza, są realne – chociażby scena w sierocińcu, inspirowana zapewne wydarzeniami w ośrodku wychowawczym w Zabrzu. Ale brak umiaru Smarzowskiego w ich wymienianiu sprawia, że film okrzyknięty odważną próbą rozliczenia się z polskim katolicyzmem poprzestaje jedynie na momentami zabawnej grotesce i nie jest w żaden sposób wiarygodny. Za jednym zamachem chciał rozprawić się absolutnie ze wszystkim, co Kościół ma na sumieniu – naprawdę wszystkim. Stężenie patologii na osobę jest tak wielkie, że to nie jest ocieranie się o absurd, to absurd tak ociera się o ciebie, że kończysz z krwawiącym odbytem. Przykładowo, arcybiskup Mordowicz (nazwisko aluzyjne jak walenie z całej pety młotkiem po głowie, dobra robota) jest jednocześnie szantażystą, szemranym biznesmenem, pijakiem, obrońcą pedofili, amatorem lateksowego sado maso i gadającym wtórne farmazony grubasem łasym na złoto oraz miłośnikiem akordeonu, co samo w sobie powinno być karane kamieniołomem. MUSI. BYĆ. WSZYSTKO. NARAZ.

Rycina 3. Arcybiskup Mordowicz w czasie codziennej przejażdżki
(rycina takowoż robiona temi rencyma) 
W pewnym momencie wydawało mi się, że oglądam scenariusz sporządzony przez Katarzynę Michalak, która celuje w równie pogłębionych portretach psychologicznych. Tam facet, który zderzył się czołowo z samochodem matki trójki dzieci, był pijany i naćpany, a wcześniej gwałcił półprzytomne prostytutki i tłukł je kablem. Wiecie, gdybyście nie załapali, że on jest tu czarnym charakterem. Niemal wszyscy bohaterowie (może poza bohaterem Jakubika) mają podobną konstrukcję psychologiczną. I nie chodzi o to, że brak światełka w tunelu. Oni są tak przerysowani, że aż nieprawdziwi. Podobnie wszystkie wydarzenia i ich sekwencje są tutaj przedstawione subtelnie niczym Armia Czerwona; niektóre sceny występują po sobie tylko po to, by jeszcze dowalić szokiem. Szokiem, dodajmy, przerywanym na przykład sebiksami kopiącymi lajkonika (swoją drogą, to moja ulubiona scena, jest tak durna, że aż dobra).

Prezentacja audiowizualna 1. W nienawiści do lajkonika zostałem wychowany

I mówię to jako osoba, którą mało co szokuje, która ma bardzo niewybredny humor (vide lajkonik) i, uwaga, która obejrzała Wołyń. Wołyń, który przedstawiał rzeź tysięcy ludzi, gnijące ciała w studniach, nadziewanie ciężarnych kobiet na widły, palenie żywcem i rozrywanie człowieka koniem. I ten film, chociaż nie można go z definicji nazwać wiernym obrazem faktów, pokazywał tamtą rzeczywistość w o wiele bardziej wyważony sposób niż chce mi zaserwować to Kler. W jakiś sposób chciał dociec, dlaczego ludzie nienawidzili się tak bardzo, że byli gotowi zadźgać znanego im od lat sąsiada. Wołyń rzeczywiście prowokował do dyskusji, chociażby nad naszymi stosunkami z Ukrainą i mechanizmem spirali nienawiści. Kler moim zdaniem nie inicjuje niczego. Niektórzy księża mówią, że trzeba dać się sprowokować mądrze przez ten film – ale co niby ich miało prowokować? Że, niesamowite, szary człowiek o wszystkim wie? Czarni kryją pedofilów, to wy wieeecie? (Crimen sollicitationis, czyli  dokument nakazujący księżom bycie dupa cicho w razie przestępstw seksualnych, powstał w 1922 roku.) Prowokacją byłyby domniemane seks taśmy ojca Rydzyka albo chociaż dokument o nim, podliczający wszystkie pieniądze, jakie zdarł z naszych dziadków – a nie film, w którym nie ma niczego nowego i który sam z siebie powoduje, że niezbyt można go wziąć na poważnie. Katolicy może tylko trochę się oburzą, księża, z tego co czytam, mają dobrą bekę, jedynie antyklerykałowie herbu Kubota będą wypisywać na fejsie posty w stylu „prawdziwy film…… oto obraz sodomy i gomory …… strzeżcie się fałszywi prorocy…….dlatego nie daję na tacę!!1!!jedenaście”

Notabene, aż dziwne, że tak mało zarysowała się obecność homoseksualizmu w Kościele, który to jest równie gorącym tematem co aborcja. Ale pan reżyseru chyba nie chciał być posądzony o zestawianie pedofilów z gejami, i obawa ta jest przy obecnych nastrojach całkiem uzasadniona. Prawdopodobnie ma tu też swój udział ta niezręczność, wynikająca z tego, że wszystkie inne grzeszki kościoła są jednoznacznie chaotic evil dla większości społeczeństwa, a bycie gejem jest chaotic evil tylko dla hierarchów kościelnych, homofobów i Terlikowskiego. Niezręczność ta zapewne była zbyt subtelna na ten paszkwil. Chociaż to naprawdę dziwne, że przy stężeniu takiego gnoju dostaliśmy tylko dziwną dyskusję kleryków i ukradkowy uścisk dłoni zakonnic.

The Princess Bride Gay Marriage GIF
Rycina 4. Uzupełnienie niedoborów technikoloru w filmie
Nie mogę jednak nie być sprawiedliwą (jak już trochę opadł mi ołszyn of emołszyn) i nie oddać filmowi tego, co czyni dobrze. A czyni dobrze to, że  – uwaga, swądek spojleru – tak do końca nie wiadomo, czy nasi bohaterowie rzeczywiście popełnili to, co im się zarzuca. I to moim zdaniem błyszczy na tle całej tej grubo ciosanej opowieści; w pewnym sensie odzwierciedla nasze prawdziwe położenie między autorytetem Kościoła a nagonką na niego, między kolejnymi rewelacjami na temat rozpasania kapłanów a wiedzą o tym, że są tacy księża jak na przykład Kaczkowski i Twardowski. Czy ktoś, kto z definicji reprezentuje królestwo niebieskie, naprawdę mógł to zrobić? Jak pogodzić wiedzę, że ktoś ślubował bogu, z wiedzą, że mimo to potrafi kraść, szantażować i gwałcić? Jak zapobiec temu, że oni sami są ofiarami systemu, który tworzy z nich kolejne trybiki przekazujące zło dalej?


Ale zanim się nad tym nieco głębiej zastanowimy, obrywamy zakończeniem tak nieskończenie kiczowatym, tak obscenicznie dosłownym i jednocześnie chcącym być super alegorycznym (tak, to możliwe), że miałam ochotę wsadzić sobie w oczy widełki do miksera. Dzięki, filmie, za to, że będę musiała zagipsować sobie mózg i RiGCz (Rozum i Godność Człowieka).

Prezentacja audiowizualna 2. Prawdziwy podkład muzyczny końcowej sceny Kleru

Końcowa scena jest kwintesencją rąbaniny, jaką był ten film, jeszcze z jednego powodu. Mianowicie czyn bohatera Jakubika jest ewidentnym nawiązaniem do realnych wydarzeń, mających oczywisty polityczny wydźwięk. To upewniło mnie w tym, że ten film nie miał być chociażby obrazkiem z życia kleru, już nie mówiąc o próbie podjęcia jakiejś debaty (ale czego ja się spodziewam, kurła DEBATY, jakbym żyła w jakimś mezozoiku czy innym XIX wieku i pisała nowele o wyzwoleniu chłopów). Kilkanaście plansz instytucji, które sypnęły hajsem, tym bardziej uświadamia, że jest to film polityczny. Nie lubię teorii spiskowych i jak można się domyślić, nie jestem prawicowym szurem, ale nawet mi nie udaje się oprzeć wrażeniu, że Kler to taki Smoleńsk, tyle że wyprodukowany na zlecenie masońskiej żydokomuny, Tuska, Sorosa czy kto tam jest teraz królem lewaków. Tyle że lewaki stosują lepszy montaż i mają lepszych aktorów. 
I generalnie dlatego ten film tak mnie wkurwił. Serio odpowiedzią na psychozę smoleńską ma być taka sama psychoza antyprawicowa? Serio będziemy teraz ostentacyjnie trzepać hajs na coraz głębszym okopywaniu się wokół najmojszych racji, a potem spijając śmietankę z tych profitów, patrzeć, jak 11 listopada świat płonie i ludzie zaczynają się obrzucać cegłami – i żeby tylko nimi? Pewnie pierdaczę od rzeczy, ale jestem magistrem z romantyzmu, idealistyczne pierdaczenie mam we krwi. Po prostu chciałam obejrzeć film, a nie agitkę.


Kler miał ogromny potencjał i mógł być świetnym filmem. A jest najwyżej dobry, jeśli nie zwyczajny – „przeciętny” mimo wszystko tu nie pasuje, choć przeciętność pewnej grupy społecznej chciał pokazać. Moje oczekiwania zawiódł, i przeczuwałam już to od momentu, gdy zobaczyłam otwierający go biblijny werset.

Rycina 5. Wizualizacja mojego samopoczucia po seansie
Nie musicie wysyłać smsa o treści POMAGAM, mój zagipsowany mózg i RiGCz jakoś się goją. Ale jeśli macie jakieś godne polecenia rzeczy o księżach i Kościele, niekoniecznie pochwalne, koniecznie dajcie znać. Ze swoje strony całkiem polecam Byłem księdzem czyli praszczura Kleru; nie jest to rzecz najwyższych lotów, ale wizja ospermionych kafelków w seminarium jest właśnie stamtąd. No i oczywiście Młody papież – bo można opowiadać o watykańskiej polityce i wątpliwościach natury duchowej nie popadając przy tym w amok. No i Jude Law strojący się do I’m Sexy and I Know It jednak mnie bawi.

 Prezentacja audiowizualna 3. Radosny akcent zarówno 
dla wielbicieli urody Jude Lawa, jak i urody tiary papieskiej

niedziela, 23 września 2018

Lasciate ogne speranza, voi ch’intrate



Postawmy dziś na szczerość. 
Uczucie całkowitego dooma, gdy trzeba poderwać swoje spocone, zapijaczone tanim piwem dupsko, by w końcu wyjść z sal wykładowych i znaleźć uczciwą robotę - większość z nas to przeżyje. Czuliśmy przerażenie, przestępując bramę uniwersytetu, BO JUŻ JESTEŚMY TACY DOROŚLI, a po latach wspominamy to na równi z wejściem do każdej innej szkoły, która była udziałem naszego życia. A po latach - psikus: ledwo po osiągnięciu najwyższego levelu w rpgu zwanym studiami, okazuje się, że to ledwie smętny pagórek, ze szczytu którego widać prawdziwe góry. Zasrane Andy, nad którymi latają kondory żądne twojego mięsa.
Póki studiowałam, wejście w prawdziwą dorosłość alias odpowiedzialność za swoje spocone dupsko wydawało mi się zupełnie inną rzeczywistością. Właściwie to nie wyobrażałam sobie dalszego życia, tak, jak z początku nie wyobrażamy sobie życia po przymusowym wyjeździe, zwolnieniu po przepracowaniu trzydziestu lat, odejściu kogoś, kto był ważny. Zrobiłam dyplom - i nagle możesz zrobić wszystko, tylko jednak nie wiesz, co dokładnie. 
Po czym okazuje się, jak zwykle zresztą, że życie i tak płynie dalej. Nawet jeśli specjalnie nie umiesz pływać, to i tak cię gdzieś poniesie. A początkowy ogień z dupy na myśl o tym, że musisz coś zmienić w swoim życiu, jest dobry. Ogień oczyszcza, mówiąc niuejdżowym slangiem.
Praca jest fajna, i paradoksalnie oznacza wolność. Nie zawsze, bo zabrzmi to nazbyt idealistycznie. Ale jednak widmo wiecznego uwiązania kolosami,  sesjami i egzaminami nagle znika. Wychodzisz z pracy i jeśli nie musisz zabierać jej do domu, to możesz zająć się gospodarstwem, rodziną albo tym, co lubisz. I dostajesz wymierne korzyści ze swojej pracy - a nie nic nie znaczącą w skali wszechświata piątkę, dwóję czy tam pałę, plus myśl, że może jakoś tam trochę odrobinę zaprocentuje to w przyszłości. 
Zatem to, o co mi się rozchodzi, fachowo nazywa się ekspozycją z desensytyzacją. W slangu niuejdżowym -  stawieniem czoła swoim obawom i odwrażliwieniem na nie poprzez spoglądanie im w oczy.
Prędzej czy później zawsze się okaże, że nie ma się czego bać.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Żywot polonisty poczciwego 2 - czy polon odbiera godność, a daje udar?


  Pięć lat temu narysowałam ten kumiks, na samym początku mojej polonistycznej kariery. Jak widać, postawiona wtedy teza wciąż jest do obronienia - i naprawdę kupiłam sobie taką różową bluzę z kucykiem. Jest piękna. 
  Chociaż chyba coś się zmieniło. W końcu rysowanie pingasów to nie wszystko. Nie mówię tu o nieco większych oczekiwaniach wobec życia - pięć-sześć lat temu imprezowałam, pijąc piwo za 4 złote i zgonując na kanapie z ludźmi, z którymi łączyło mnie często tylko to piwo; ale tak żyje większość studentów. Nie do końca też mam na myśli obecne wrzeszczenie na reklamy, że chyba im od copywritera urwało. Przeprowadźmy więc badanie naukowe, jak na kogoś po jakichkolwiek studiach przystało: czy aby na pewno teza da się obronić i zamienić w fakt?

  Gdy zaczynałam polon, paradoksalnie miałam wstręt do nauki i nie znosiłam robić nic ponad to, co było konieczne. Siedzenie na uczelni do 18? Chyba was pogięło. Za to łatwo się egzaltowałam oraz podniecałam tym, jakim to ja jestem super dziwakiem, na pewno nikt nie będzie chciał ze mną gadać. Piszę esej o Sylvii Plath, taka jestem alternatywna, do tego byłam ostatnio na Awendżersach, dziwko.
 Nagle zdaję sobie sprawę, że jestem swoim największym koszmarem sprzed kilku lat. Większość zajęć sprawiała mi autentyczną przyjemność (nie licząc tych naprawdę głupich; nie jestem bezkrytyczna wobec polonu). Nauka w wakacje wcale nie była taka zła, a właściwie po pierwszym roku byłam już stale w takiej mobilizacji, by zdawać całą sesję letnią w terminie. Zmieniłam się więc w kujona - prawdziwego kujona, który czuje dreszcz ekscytacji, gdy w trakcie pisania magisterki tryby jego umysłu wznoszą się na nieznany dotąd poziom. Czyli w ciula deluxe. 
  Poza tym stałam się jednym z tych paskudnych ludzi, którzy Robią Tyle Rzeczy. Robienie Tylu Rzeczy, czyli to, co robią kujony i ludzie sukcesu, którzy na pewno są nadęci oraz finalnie i tak płaczą nocą w poduszkę. Na przykład mają pracę, od której jakimś sposobem nie dostają torsji - heloł, to PRACA, zaraz staniesz się nosaczem, którego horyzonty zaraz zawężą się do memów o piłkarzach. A tymczasem dostałam się na staż, który autentycznie mnie cieszy - no ale Żabo, memy o piłkarzach, pamiętasz?...
  Paskudni ludzie są też towarzyscy - a mi coraz lepiej idą small talki. I właściwie to fajnie się integrować - na przykład po tym, jak na scenie obejrzało was półtorej kopy ludzi. Ludzie, fuj. Przecież od tego, co pomyślą, zależy zbyt dużo. A to, że w końcu zorientowałam się, że nie nawiązuję kontaktów nie dlatego, że jestem rąbnięta - to dlatego, że wiecznie siedzę w kącie z ponurą miną... no cóż, mam dla siebie złą wiadomość. Klod sprzed pięciu lat cię nienawidzi, więc chyba jednak teza się nie obroniła.
   ...Ssij, obroniła się, a ja i tak cię kocham.
*historical Klod starts to cry*

  (No i zaczęłam nosić różowe rzeczy, tym bardziej zabijcie mnie, zanim złożę jaja)


Ekskluzywny Dodatek: skoro cofnęłam się o te parę lat, podzielę się z Wami karteczką, którą kiedyś znalazłam w Kronice Galla Anonima: