wtorek, 26 lipca 2016

Tkanina z Derpeux, czyli powrót Klodmana Wykształciucha


WRÓCIŁAM. Po półrocznej przerwie.
Wypadałoby się wytłumaczyć z największej jak do tej pory przerwy - no cóż, eee, wytłumaczenie jest o tyle proste, co beznadziejne, bo rozchodzi się o czas i chęci, których w ostatnich miesiącach mi brakło. Nie jestem też mistrzem multitaskingu i kiedy rysowałam, to ograniczyłam się do zlecenia, a kiedy nie rysowałam, cisnęłam licencjat i ogarniałam resztek studiów. Z powodzeniem.

Komiksy zasadniczo zaczęłam rysować w chwili, gdy jedyną alternatywą dla studiów wydawała mi się telesprzedaż misek Kuronia, a ten ból istnienia uwieczniłam tutaj. Próba studiowania historii była, nie zawahajmy się tego dosadnie powiedzieć, niekończącą się sraką - z wielu przyczyn, ale nie rozwódźmy się nad tym. Wybrałam polonistykę, bo zawsze tego chciałam, niezależnie od komentarzy "to co, będziesz uczyć w szkole?". I tu mi się udało, od ponad dwóch tygodni mam wyższe wykształcenie. Wiem, że licencjat z polonistyki brzmi tylko trochę lepiej od dźwięku poduszki-pierdziuszki, ale nie odbieram sobie frajdy, że skończyłam studia.

Toteż na tkaninie z Derpeux uwieczniłam zarówno ten wiekopomny moment, jak i wszystkich, którzy mnie w naparzaniu licencjatów wspierali lub ze mną go oblewali, yyy, świętowali - rodzicieli, Humbaczka, mężczyznę mojego, Dolana (to ta dwójka na prawo), Toldie z mężczyzną swoim, dziadka mężczyzny (kibicował) i, cóż, Jana Długosza (prawy dolny róg). Nikt nie rozumie moich uczuć wobec Długosza, a jest to facet, który też nie skończył studiów historycznych i wyszedł na tym wcale nieźle. Poświęciłam mu dwie płomienne prace roczne (na obu kierunkach) i jedną prezentację. 
Tkanina z Bayeux nasunęła mi się dzięki lekturze 1000 lat wkurzania Francuzów, a że pisałam o Joannie d'Arc i innych rycerskich lasencjach u Mickiewicza (sic), to tym bardziej pasowała mi niezgorzej, zwłaszcza że od dawna miałam chrapkę na narysowanie czegoś w średniowiecznej stylówce. Uraczyłabym Was wspaniałą rzeczą, jaką jest zrzut fragmentu mojej pracy w Comic Sansie (nie pytajcie, dlaczego), ale fragment ów został w domu, a ja aktualnie bujam się nad morzem. (Z tego też powodu nie wrzucam skanu, a zdjęcie Tkaniny, którą narysowałam tymi oto ryncami, nie w Fotoszopie).

Zatem - bujam się dalej, morskie całusy i do następnego! 

czwartek, 18 lutego 2016

Kup pan zwierzaka

 

Polecam dział Zwierzęta na Allegro - możecie na przykład kupić tam stado kuców za 87 tysięcy, zakocone samiczki alpak, ciułałę za 5 tysi, psa za złotówkę, zapowiedź miotu mastifa (tak) i skunksa. Ogłoszenia w tym kumiksie naturalnie nie są literalnym zrzynem i są Dziełem Inspirowanym, ale ogólnie that's the spirit.

Abstrahując od zwierząt, opowiem Wam dzisiaj bajkę. Dziwną, wkurwioną trochę bajkę, z której zrobiło mi się coś na kształt artykułu, także ostrzegam, tl;dr.
(P.S. Nie umiem zrobić tu sensownych przypisów dolnych.)


Do napisania poprzedniego posta pchnęła mnie refleksja po śmierci Lemmy'ego i Bowiego – pisałam trochę o nich samych, trochę wspominałam moje nastoletnie czasy, gdy byłam kwasi-brudasem (nie mylić z quasi, to było kwasi, czyli kwaśne dosyć), a trochę zastanawiałam się, dlaczego muzyce rockowej można napisać już epitafium. Dzisiaj też trochę zabawię się w Aspirującą Dziennikarkę Muzyczną, ale o ile ostatnio unosiła się nad tekstem sentymentalna mgiełka, to teraz... no nie wiem, przypomina to trochę rzut kamieniem między oczy.

Pierwej – mała dygresja, ale taka, co to stanie punktem wyjścia. Na pewno spotkaliście się z syndromem martwej gwiazdy, i nie mam na myśli malowniczego wybuchu supernowej; myślę o tym pierdolcu neuronów, jaki zazwyczaj powstaje po śmierci kogoś znanego i przemożnym imperatywie obcowania z twórczością umarlaka – przynajmniej przez parę dni, zanim wrócimy do stanu pierwotnego, gdzie dany umarlak za życia nic a nic nas nie interesował. 
Z jednej strony wydaje się to naturalne, bo gdy ktoś odchodzi, pragniemy oddać komuś hołd, choćby malutki, choćbyśmy słabo tego kogoś znali; przez chwilę robi się jakby ciszej, przez chwile wzrok sięga dalej, bo każda śmierć to wyrwa w rzeczywistości. Jednakże – poczucie majestatu śmierci ma krótki żywot, bo ostatecznie robi się z tego dobry zgon jak każdy inny, którym pożywią się tabloidy i oficjalne fanpejdże śmierci nabijające oficjalne rekordy lajków. (Przykład: parę dni temu muzycy z Viola Beach, dość świeżego zespołu indierockowowego, mieli wypadek samochodowy – i żaden z nich nie przeżył. W parę godzin na ich fanpejdżu przybyło kilka tysięcy lajków.) Czasem jeszcze Tró Fani oburzają się, że oni delikwenta znają od pierwszego demo nagranego w piwnicy dziadka, a populus garnie się do ich ukochanego artysty tylko przez sensację wywołaną jego odejściem; ale czasami to zwykła przyzwoitość każe zamknąć japę i przeglądarkę. W końcu to nie my, wielbiciele i hejterzy, mamy tu najciężej, tylko ci, dla których nasz nieżyjący już bohater był członkiem rodziny i przyjacielem.

No dobra, tytułem wstępu przynudzam, bo i mnie dopadł mnie syndrom martwej gwiazdy. Do tej pory żyłam chyba pod kamieniem, bo nie zdawałam sobie sprawy, jaki David Bowie jest  fantastyczny. To musiał być naprawdę ciężki kamień, bo jak wspominałam, miałam koleżankę, która była jego fanką, dla tej koleżanki zdarzyło mi się parę razy rysować Króla Goblinów, kiedyś napisałam też opko, gdzie wybiegający z budki telefonicznej Ziggy odegrał całkiem istotną rolę[1], wsadziłam go też do komiksu o Hot Space, czyli o płycie, której wszyscy nienawidzą, no i jakby nie było, totalnie lubiłam jego niektóre kawałki i baunsowałam do Next Day. Jego postać była po prostu oczywista, i dopiero po jego śmierci zdałam sobie sprawę, że o tym oczywistym człowieku nic nie wiem.
No a teraz kompulsywnie zajeżdżam Let's DanceZiggy'ego StardustaLow i Heroes, zajeżdżam winyla z Dancing in the Street[2], zasadniczo przestałam liczyć, ile razy obejrzałam wykonanie Starmana z Top of the Pops, obejrzałam Człowieka, który spadł na ziemię i Labirynt, no i chyba czas przeczytać jakąś biografię. Syndrom przebiega gwałtownie, ale jestem dzielna jak mój brat, co to zaczął słuchać Misfitsów tylko dlatego, że kupił sobie z nimi koszulkę. Mam do tego wrażenie, że wszystkie te płyty są dziwnie znajome, jakbym wróciła do nich po latach. No i nie powiem, żeby syndrom przebiegał boleśnie, bo David w każdym wieku był pięknym, charyzmatycznym mężczyzną  – te kości policzkowe, słodki Jezu w morelach – i możemy się tylko cieszyć z możności podziwiania wspaniałego stworzenia bożego w Człowieku, który spadł na ziemię, a i obcisłe legginsy Króla Goblinów też jakoś tak wywołują uśmiech. Ale abstrahując od legginsów – jeśli coś sprawia, że się uśmiechasz, to dobrze. Nieważne, czy robisz to od lat, czy od miesiąca.

bowie bulge - Google Search:
Słynne legginsy, rycina poglądowa
Miałam ja sobie taką watę cukrową w głowie, gdy baunsowałam do Blue Jean, ale syndrom martwej gwiazdy to nie tylko te słodkie peany na czyjąś cześć i nabijanie lajków – to też wyciąganie brudów wprost z galaktyki Kurvix już kilka dni po śmierci: otóż w polskim internecie tego nie ma, ale w zagranicznym roi się od artykułów, postów i dyskusji, które w formie gently reminder informują, że Bowie to gwałciciel.

Jak już gromko rzygnęłam, poszukałam informacji na ten temat – trochę z ponurej ciekawości, trochę w imię spokoju duszy, bo nie do pomyślenia jest dla mnie fascynacja kimś, kto czegoś takiego się dopuścił. I znalazłam więcej niż chciałam – i to jest początek opowieści właściwej.

Pamiętacie incydent z rekinem? Jego udziałem jest ta strona rock'n'rolla, która dla samych zainteresowanych jest na porządku dziennym, a dla zwykłych zjadaczy chleba jest raczej kwaśna. Groupies były, są i będą, nikt się temu specjalnie nie dziwi, a w latach siedemdziesiątych ich występowanie było równie naturalne, jak to, że gwiazdy rocka wtedy miały status bogów na ziemi. Do tego kultura erotyczna tamtych lat jest już dla nas praktycznie nie do wyobrażenia – wbrew pozorom, nasza epoka jest potwornie konserwatywna. W okresie między wynalezieniem pigułki antykoncepcyjnej a odkryciem AIDS nikt nie zajmował się dekupażem, nie wypiekał orkiszowych ciabat i nie uczył się układania serwetek na ślubny stół; wszyscy równo wciągali kokainę po kiblach, a robienie loda swoim gościom było równie oczywiste jak podanie im ręki. Również nasz bohater w tamtym okresie sobie nie żałował, i to za wzajemnym przyzwoleniem pierwszej żony Angie, wedle plotek tworząc z Jaggerem malowniczy trójkąt. Promiskuityzm pod szyldem hipisowskiej wolnej miłości był na porządku dziennym i nikogo nie dziwiły dziewczyny, które dojmująco chciały przespać się z Robertem Plantem, Keithem Richardsem czy Iggym Popem; w pewnym sensie była to alchemiczna równa wymiana: ja ci daję seks, ty mi dajesz możliwość kolejnego podboju. Prawdę mówiąc, gdybym miała możliwość, też bym sobie nie żałowała i szarpałabym Planta jak Reksio szynkę[3]. Troszkę można się rozmarzyć, myśląc o latach siedemdziesiątych jako o dekadzie nieograniczonych możliwości, ale te nostalgiczne nastroje toczy całkiem poważne raczysko.

Podówczas w Kalifornii szczególnie popularne były baby groupies – dziewczyny, które rozbijały się po nocnych klubach Los Angeles w poszukiwaniu wrażeń, i które naprawdę były baby: najczęściej miały po 13-16 lat, czasem nawet 12. Ich niekwestionowaną królową była Sable Starr: dziewczyna miała stracić dziewictwo z gitarzystą Spirit, gdy miała dwanaście lat, a w wieku lat trzynastu prowadzać się z Iggym Popem; jej jedenastoletnia siostra również wówczas się z nim prowadzać. Dobrze przeczytaliście, jedenastoletnia.

Baby Groupies
Sable Starr i Iggy Pop, rycina poglądowa. Do tej pory znałam
to zdjęcie z doklejoną głową Bowiego w miejsce głowy Sable
Te nimfetki, ostro wymalowane, wyzywająco poubierane, miały być szczególną atrakcją muzycznej sceny Los Angeles i im poświęcony był w dużej mierze magazyn Star. Na jego łamach Sable chwaliła się, że zaliczyła między innymi Popa, Jaggera, Roberta Planta, Roda Stewarta, Alice’a Coopera – i Bowiego. Cóż, każdy, niezależnie od płci, chciałby uprawiać seks z Jaggerem, a w bycie groupie wpisany jest topos mitomaństwa (Starr już nie żyje, nie dowiemy się, czy to prawda) – jasne, ale fantazje o Stonesach sobie, a rzeczywistość sobie. Ta żulerska gazetka chciała być bardzo groovy i literalnie zachęcała dziewczyny do tego, aby przestały być „nieśmiałe i zarumienione”, a stały się „odważnymi, nowymi kobietami w odważnym, nowym świecie” i zawierała ryczące nagłówki o między innymi o treści „Będziesz seksualną niewolnicą!” Na szczęście jej żywot był bardzo krótki, ale baby groupies dalej miały się świetnie i okupowały hollywoodzkie Sunset Strip.

Ja pierdolę, rycina poglądowa
Jednak naszą właściwą bohaterką jest przyjaciółka Sable, Lori. Ta miała spotkać Bowiego w jednym z klubów Sunset Strip, który to Bołi od razu miał ochotę zabrać ją do hotelu. Odmówiła, gdyż nie była gotowa na jego majestat, no i była wciąż dziewicą (ostatnią w szkole), jak często podkreśla w wywiadach. Jednak parę miesięcy później, gdy Bołi wrócił do miasta, stwierdziła, że olać dziewictwo, olać pracę domową, i skończyło się na tym, że wylądowała w hotelu z nim i jego japońskim kimonem – i tam z najwyższą czułością David miał ją rozdziewiczyć. A działo się to w roku 1973 – Bowie miał wtedy dwadzieścia sześć lat, Lori… niespełna piętnaście. „Kto nie chciałby stracić dziewictwa z Davidem Bowie?” dodaje w wywiadzie, szczęśliwa jak mało kto. Ale… nie widziałaś w tym nic złego?, pytają jej rozmówcy. Nie, to było cudowne doświadczenie; czuła się wtedy dorosła, no i pracowała już jako modelka. Poza tym, to były zupełnie inne czasy.
Ja pierdolę, jęknęłam. Jeśli dziewictwo to wianek, to jakbym miała jakieś swoje, rzuciłabym je Bowiemu jak pieprzone frisbee – ale nie wieku piętnastu lat!

Zaraz, zaraz, ja kojarzę to nazwisko, kojarzę tę twarz. O szlag, jęknęłam ponownie, choć bardziej cenzuralnie. To jest ta czternastoletnia kochanka Jimmy'ego Page'a, którą miał porwać do hotelu i pod kluczem uprawiać z nią seks, gdy ta miała 14 lat. Ta sama, o której czytałam w Młocie Bogów[4]. Ta sama, która z rozanieleniem opisywała biegłość Pejdża w posługiwaniu się pejczem w łóżku. I która teraz twierdzi, że swój kwiatuszek oddała Bowiemu, a niedługo potem Dżimi osobiście zadzwonił do niej do domu, w parę tygodni później zaczęła imprezować z Zeppelinami, a potem zakochała się w naszym bohaterze gitarowym, gdy menager Peter Grant wywiózł ją do jego pokoju hotelowego. (Ach, jak ten Dżimi ją kochał, zanim porzucił ją dla pełnoletniej Bebe Buell[5].)

Bebe Buell and Iggy Pop:
Pełnoletnia Bebe Buell, ale z Iggym Popem
Pęd ku wiedzy tak mnie uniósł, że spędziłam sporo czasu na weryfikacji tych faktów (bardzo dokładnej, ktoś tu w końcu jest historykiem bez dyplomu)  – i niby sporo się zgadza, akurat Bołi był wtedy w trasie po USA, i gdyby nie błędy w datach na zdjęciach w Getty Images, które przedstawiają Lori i Sable imprezujące z Zeppelinami, to w zasadzie byłaby ta marzycielska historia prawie wiarygodna. Prawie, bo sama zainteresowana parę razy ją zmieniała – pierwotnie to Jimmy miał ją pozbawić kwiatuszka, i opowiadając o nim w wywiadzie, jak to zadzwonił do niej i kazał jej przyjechać (pono widział jej zdjęcia i chciał skosztować tego niedojrzałego owocu), coś podejrzanie brzmi fraza „I was still a vir… I mean, I was a baby, c’mon”. W innym wywiadzie opowiada to samo o Bołim, jak to zadzwonił do niej i chciał ją rozparówczyć. (Cool story, sis.) W jednej wersji Page’a spotkała już w 1972 roku, gdy miała te 14 lat (nie wydzwaniał do niej, a wyhaczył w klubie). A historyjka o porwaniu została sprzedana światu przez Richarda Cole’a, tour managera Zepów, który miał ambicję obsmarować ich jak tylko się da. Ale choć Page wyrzucił Młota bogów przez okno do rzeki, nie dowodzi to przecież, że to nieprawda.

Baby Groupies
Jimmy Page i Lori Mattix, rycina poglądowa
To ten człowiek dał światu wspaniałe opowieści o pieprzeniu dziewczyny rekinem,
batożeniu groupies, porywaniu małoletnich do hotelu, przebieraniu się w damskie łachy
i straszeniu Steviego Wondera, zachęcaniu psa do odbycia stosunku z panienką oraz
o grupowym seksie w wannie pełniej fasoli z puszki. Richard Cole i Roślina, rycina poglądowa
Szczerze mówiąc, niezbyt wiem, czy w to wierzyć czy nie – brzmi to jak rozpasana fantazja, ale jakiś swąd pozostaje. Wiem i rozmiem, że To Były Inne Czasy, i że w tym środowisku dobieranie sobie nieletnich „partnerek” było na porządku dziennym: Elvis i 14-letnia Priscilla, Jerry Lee Lewis i jego 13-letnia kuzynka Myra Gale Brown (a gdy miał 14 lat, poślubił siedemnastolatkę), Steven Tyler i 14-letnia groupie Julia Holcomb, Plant i niejaka Audrey Hamilton, która wyglądała bardziej jak jego dziecko, a nie kochanka, Ted Nugend i 12-letnia Courtney Love, Sonny i Cher, którzy się poznali, gdy ta miała 16 lat. Sami też wcześnie zaczynali – na przykład Anthony Kiedis i Slash inicjację seksualną przeżyli w wieku 12 lat[6].

Slash robił w swoim życiu rzeczy prawie tak samo dziwne jak Ozzy; na
przykład nagi i zakrwawiony biegł przez całe pole golfowe, bo w hotelu
tak się naćpał, że wydawało mu się, że gonią go małe czarne stworki.
Potem schował się w schowku na miotły, skąd policja wyciągała go siłą
Ale powszechność zjawiska nie oznacza, że można uznać to za coś dobrego i akceptowalnego. Bo moim zdaniem to kiepski motyw, gdy małoletnia dziewczyna, tak naprawdę jeszcze dziecko, uprawia seks ze starszym facetem, gdzie wokół leje się alkohol, krążą dragi i nawet jeśli ktoś przytomnie zauważy, że trzynastolatka nie powinna siedzieć w klubie nocnym ubrana w lateks, to nie zadzwoni na policję, bo jest zbyt spizgany. Pewnie, nie wszystkie piętnastolatki są takie jak ja, gdy miałam 15 lat – a byłam niunią z buzią w ciup – i nie udawajmy, że nie uprawiają seksu; ale taką sytuację, jaką opisuje ta kobieta, uważam to za obiektywnie złą, bo można wylądować w jednym pokoju nie z czułym i romantycznym rockmanem, a z chorym pojebem. Poza tym istnieje coś takiego, jak wiek zgody – minimalny wiek, w którym zgoda na seks uznana jest za w pełni świadomą i ważną prawnie. U nas to 15 lat, ale w USA zależy to od prawa stanowego – w Kalifornii to 18 lat. Zatem, jeśli to wszystko prawda, ktoś tu popełnił przestępstwo. W świetle tamtejszego prawa – gwałt.
I całkiem istotne, archetypiczne pytanie ciśnie się na usta – gdzie byli rodzice? Otóż wedle opowieści, Jimmy’ego miało ruszyć sumienie (a jednak różowe lata siedemdziesiąte nie oczadziały wszystkich kompletnie) i rozmówił się z matką Lori. Mamusia się zgodziła na ich związek, bo była zachwycona konceptem, że jej córka będzie z bogatym, wpływowym muzykiem, zupełnie jak Priscilla Presley. A wnioskując po tym, ile małoletnich groupies gnieździło się w klubach i że nikt nie robił z tego jakiejś tajemnicy, to odpowiedź brzmi – rodzice mieli bardziej niż wyjebane. Dlatego wydaje mi się, że wszyscy w jakimś sensie padli ofiarą Tamtych Czasów; nawet jeśli oficjalnie zakazane było (i jest) obcowanie płciowe z nieletnimi, ciche przyzwolenie społeczne zrobiło swoje. I nie wszystkie dziewczyny tak jak Lori wyszły z tego trybu życia bez szwanku na ciele i duszy… o ile oczywiście Lori nie kryje Pejdża, opisując to porwanie jako „totalnie romantyczne”.

Gdzie byli rodzice, rycina poglądowa. Od lewej Sable, Robert Plant, jakieś randomy,
John Bonham i Lori
Ale wiecie, co mnie naprawdę wkurwia i dlaczego w ogóle zachciało mi się o tym pisać? Reakcje ludzi na tę rewelację. Jedni w ogóle wzruszają ramionami, dlaczego mamy się przejmować, że czterdzieści lat temu ktoś wydymał chętną ku temu nastolatkę; zanim skonstatowałam, co prawda w duchu argumentu równi pochyłej, że ignorowanie problemu sprzed kilku dekad oznacza również ignorowanie problemu teraz, to jeden komć ogłosił prawdę objawioną, że u niego w szkole to było normalne, że piętnastolatki sypiają z dwudziestolatkami, po przecież dziewczyny wolą starszych facetów. I problem wcale nie zniknął, gdy skończyły się różowe lata siedemdziesiąte – Bill Wyman, mając prawie pięćdziesiątkę, w latach osiemdziesiątych spotykał się z trzynastoletnią Mandy Smith, po raz pierwszy przespał się z nią, gdy miała 14 lat i ukrywał ich związek do chwili, gdy skończyła 18 lat i gdy ją poślubił – w 1989 roku. Niezbyt się z tym ukrywał, a policja podobno przyjęła postawę „I’m totally okay with dis”. Nie no, luzik.

Luzik, rycina poglądowa
Z drugiej jednak strony brzydzi mnie masowy hejt na Bowiego rozpoczęty zaledwie kilka dni po jego śmierci – gdzie w dodatku ta historia nie jest nowa. Nie ma to nic wspólnego z moimi sympatiami, brzydzi mnie po prostu wylewanie pomyj na kogoś, kto nie może się już obronić, w dodatku na podstawie opowiastki krążącej po Internecie - gdzie jak widać mało kto pofatygował się, by sprawdzić, gdzie leży jej źródło. Nienawidzę bagatelizowania gwałtu,  dowcipkowania z niego, zrzucania winy na ofiarę i niedowierzania tej ofierze, ale wydaje mi się, że to, co się aktualnie odwala, jest trochę przesadzone. Choć gdy tak twierdzę, przypomina mi się radosny artykuł Magdaleny Środy, która w kontekście Polańskiego kategoryzuje sobie pedofilię na „lżejszą” i „cięższą”, a choć jako osoba „szanująca prawo” jest za ekstradycją, to jako osoba prywatna uważa, że trzeba facetowi dać spokój, bo kaman, robi fajne filmy. (Twierdzi to osoba uważająca się za etyka i feministkę.) I wtedy czuję w głowie robaka należącego do bożka Relatywizmu Moralnego. Niektórzy się tym robakiem w ogóle nie przejmują i tylko pomstują na zue femynystky, które przecież wmawiają Lori, że jest nieświadomą ofiarą gwałtu. Bo przecież jak się nie uważa czegoś za gwałt, to nie jest to gwałt.
Pamela des Barres, czyli słynna groupie Miss Pamela, także zabrała głos w tej sprawie pisząc, że groupies doskonale wiedziały, czego chcą, a Bowie nie powinien być wobec tego szkalowany; drażnią ją te feministyczne głosy wmawiające jej, że zachowywała się jak wór na spermę. Pytanie tylko, czy piętnastolatki (i młodsze dziewczyny) rzeczywiście wiedzą, czego chcą, zwłaszcza w sferze seksu. Do tego Pamela, w przeciwieństwie do Lori, jasno podkreśla, że wie, że w świetle prawa to, co robiła ona i inne małoletnie groupies, nazywane jest gwałtem.

Pamelcia z Robsonem - kiedyś i najwyraźniej całkiem niedawno
Chętnie bym przeczytała, ale boję się okładki
Rozumiem w pełni tę gniewną reakcję, bo nazbyt często zdarza się, że wpływowa osoba wykorzystuje swoją pozycję i dzięki tej pozycji udaje jej się wyślizgać z odpowiedzialności. Ale skoro tak – dlaczego, zamiast oskarżać umarlaka, nie oskarżyć ludzi żyjących? Page, Wyman i wielu innych żyją i mają się dobrze, co więc stoi na przeszkodzie? No chyba to, co te czterdzieści lat temu: oj weźcie, ci kolesie robią fajną muzykę, dajcie im spokój, to wydarzyło się iks lat temu. I paradoksalnie to, że żyją i mogą odpowiedzieć na te zarzuty. Tymczasem to iks lat temu nie przeszkadza w tym, że Polański kojarzy się statystycznemu Polakowi i z dobrymi filmami, i z gwałtem na trzynastolatce, ale wydaje mi się, że problem tkwi też w statusie opowieści Lori – która funkcjonuje jako mutująca wraz z upływem czasu plotka. Jeśli casus Bowiego i Page’a nie miał miejsca, to dosyć obleśnym jest rozpowszechnianie takich rewelacji, bo nawet jeśli ona nie uznaje to za nic złego, to i tak jest to zarzut. A jeśli miał miejsce – to dlaczego funkcjonuje jako plota, którą nie wszyscy wezmą na poważnie? A może to jest sedno problemu – nie wszyscy wezmą to na poważnie? Bo i skąd mamy wiedzieć, jakie są prawdziwe uczucia tej kobiety?

Równie zjełczałe jest wyzywanie tych dziewczyn od szmat. Miss Pamela ma na to jedną odpowiedź: „Tak bardzo mi przykro, że ty nie spałaś z Mickiem Jaggerem, a ja tak”. Szmatą jest dla mnie ktoś, kto siebie ogólnie nie szanuje, i częste uprawianie seksu i, Jezu Smaria, lubienie go, jakoś mało ma wspólnego ze szmaceniem się. Więcej z brakiem solidarności wobec kobiet, które w swoim obrębie zaskakująco często kategoryzują się wzajemnie na madonny i dziwki. Jeśli groupies podobało się to, co robią, to okej, może nie był to podziw dla zespołu w formie rysowania laurek i całowania wycinków z gazet, ale nawet jeden taki koleś mówił coś o rzucaniu kamieniem, także ten. Oczywiście, komplikuje się to, skoro tymi dziwkami mają być nastolatki, więc może warto zmiarkować.

W ostatecznym rozrachunku siedzę na kamyczku przemyśleń i niezbyt wiem, co z tą świeżo zdobytą, niesamowitą wiedzą zrobić. Muzyka tak zwana rozrywkowa jest moim hobby odkąd skończyłam cztery lata i zamiast bajek oglądałam teledyski Red Hot Chili Peppers, Jacksona i Queen, wielu z tych muzyków to moje pierwsze nastoletnie miłości[7]
, a dziś jedną z moich ulubionych rozrywek jest chodzenie do sklepów płytowych i śpiewanie piosenek z płyty, którą akurat mam w ręce. Może nie jest to kaliber Lance'a Armstronga, który z bohatera ogółu przeistoczył się raptownie w smętnego oszusta; ale o ile bieganie nago po polu golfowym, wjeżdżanie limuzyną do basenu i rzyganie do garnka z weselnym gulasze w wydaniu słynnych rokmenów jest nawet zabawne, to uwodzenie trzynastolatek już nie. Kiepsko po prostu dowiadywać się takich rzeczy o ludziach, których może nigdy się nie spotkało, ale których się zwyczajnie lubi i którzy potrafią być wielką inspiracją.

Sad Bowie is sad.
Smutny Bołi na koniec


[1] Jest to bardzo alternatywna historyjka, w której Freddie Mercury wymyśla Bohemian Rhapsody, a inspiracji dostarcza mu lot Boeingiem klasy Ź, wypicie herbaty z marihuany, hipisowski anioł, rzucanie telewizorami i finał w postaci wielkiej imprezy rockersów oraz Micka Jaggera przylepionego do wiatraka pod sufitem. Jest to tak kretyńskie jak brzmi, ale przyznaję, ostatnio mało nie udusiłam się ze śmiechu, gdy to czytałam. 
[2] Generalnie zbieram winyle i ten znajduję jako szczególnie sympatyczny, bo jest oryginałem z 1985 i na okładce każą wpłacać pieniądze na Live Aid. Ale najzabawniejszy jest queenowy Jazz z 1978, bo w oryginalnym wydaniu jest plakat z 65 gołymi babami na rowerach.
[3] Może zrobię to po wynalezieniu wehikułu czasu, bo z całym szacunkiem, choć Roślina zachował swój młodzieńczy, rozbrajający urok, jednak powoli dobija siedemdziesiątki. 
[4] I skutecznie to wyparłam. Miałam siedemnaście lat i rysowałam wtedy zinfantylizowanego Planta na sterowcu, za bardzo zniszczyła mi ta książka psychikę, by część jej treści nie wyprzeć.
[5] Bebe potem porzuciła go dla Stevena Tylera. Generalnie Liv Tyler nie wzięła się znikąd.
[6] Slash przespał się z koleżanką z bloku i potem się jeszcze do niej wprowadził, a Kiedisa rozparówczyła osiemnastoletnia prostytutka, którą, jak dobrze pamiętam, załatwił mu tatuś.
[7] Co tam Daniel Radcliffe, FREDDIE MERCURY, BIJACZ. Muzyczna miłość życia i najbardziej męski z mężczyzn, nawet z wąsem i w obcisłych lateksowych śpiochach.


Tak zwana szumnie bibliografia:

plus pieprzony Młot Bogów (gdzieś go wsadziłam i nie mogę znaleźć, to sobie różne rzeczy przypominam)
mój brat (bo nie pamiętałam dokładnie, jak to było z tym polem golfowym)
a zdjęcia także z Pinterestów i innych Guglów

piątek, 15 stycznia 2016

Rock umarł, rock jest martwy, stary




Kiedy miałam te 16-17 lat i namiętnie słuchałam tych wszystkich rockowych dinozaurów, myślałam czasami, że za kilkanaście lat przyjdzie im umrzeć - i co wtedy? Mój oczadziały gotykiem mózg nie stronił od takich ponurych rozmyślań, ale fakt faktem, że moich bohaterów poznałam już starych (naturalnie tych, którzy przetrwali). Wówczas najczęściej przekraczali sześćdziesiątkę i wkraczali w fazę kowbojskiej elegancji, w materiałach filmowych prezentowali swoje wielkie kolekcje Les Pauli i na scenie ruszali się coraz sztywniej, no, ale się ruszali i wciąż nagrywali.

Tak, o tobie mówię. Faza kowbojskiej elegancji - rycina poglądowa
W ciągu dziesięciu lat zdążyłam rzucić glany do kąta i nasłuchać się wielu płyt ze szwedzką alternatywną elektroniką; marzenia o rock'n'rollowym życiu rozmyły się też dzięki umawianiu się z perkusistą, który potrafił nazbyt ostentacyjnie dać do zrozumienia, że próba jest ważniejsza niż kobieta (to nie jest przyjemne, kiedy nocą zostajecie sami na peronie gdzieś na warszawskiej Pradze, a instrumenty właśnie bezpiecznie jadą samochodem). Chociaż ciągota do tej całej otoczki trochę zdechła, to muzycznie rock nie przestał mnie kręcić - może to nawet lepiej, bo czasami lepiej nie wiedzieć, co twoi idole robili w hotelowych pokojach. Straciłam mentalne dziewictwo w chwili, gdy w Młocie bogów przeczytałam o tak zwanym incydencie z rekinem*.

*Jesteście pewni, że chcecie wiedzieć, o co chodzi? OK, i tak się dowiecie.

Ani Lemmy, ani David nie byli dla mnie tymi najulubieńszymi - ale jakoś byli obecni w moim życiu, zwłaszcza Bowie, który kiedyś był stałym tematem rozmów moich i znajomej, wielkiej fanki. Kto nie headbangował do Ace of Spades albo nie skonstatował w czasie oglądania teledysku do China Girl, że Bowie ma absurdalnie doskonały profil? Byli od zawsze, a przecież Lemmy miał przetrwać nawet apokalipsę, podobnie jak Ozzy i karaluchy.

little_china_girl11.png
Absurdalnie doskonały profil - rycina poglądowa. Jedynie Freddie Mercury może poszczycić się podobną doskonałością
Po śmierci Lemmy'ego zdałam sobie sprawę, że właśnie nadszedł ten czas, kiedy gwiazdy rocka zaczynają odchodzić. Potem nie mogłam uwierzyć, że umarł Bowie - a to, że do tego umarł Alan Rickman, to już gruba przesada. 
A może już odeszli?, zadałam sobie pytanie. Ilu z tych facetów w fazie kowbojskiej elegancji wciąż ma coś do przekazania, a ilu odcina kupony od tego, co zrobili kiedyś? Ilu z nich tworzy rzeczy, które w najlepszym razie można nazwać poprawnymi?
Mam gdzieś w swoich zbiorach piękny album ze zdjęciami starych, dobrych rockersów, z podziałem na poszczególne dekady. Pamiętam za pierwszym razem moje zdumienie, gdy autor do muzyki rockowej zaliczył synthpopowców z początku lat osiemdziesiątych - w garniturach, wymalowanych, nażelowanych, grających na syntezatorach. Tłumaczył ten dobór tym, że w swojej istocie synthpop jest takim samym odłamem rocka jak punk i również miał stanowić opozycję dla zbetoniałych, wożących się limuzynami dziadów. Jeśli tak na to spojrzeć, to coś w tym jest. Pierwotną istotą rocka nie jest brzmienie gitary, kolekcja Les Pauli, pieniądze i wjeżdżanie samochodem do basenu - ale niezgoda na otaczającą rzeczywistość. Większość najbardziej znanych rockmanów wywodzi się z powojennych, zapyziałych miasteczek robotniczych, gdzie jedyną rozrywką była kradzież wieszaków i nałogowy onanizm, a jedyną perspektywą praca w fabryce guzików. Robert Plant (ten z pierwszej ryciny) pochodzący z takiej dziury trudnił się kładzeniem asfaltu, ale usłyszał w radiu Elvisa, zapuścił włosy i wypiął się na rodziców, którzy pragnęli widzieć go jako księgowego. Romantycy też zwalczali klasyków, uważając ich za takich zwapniałych starców, ale potem przyszedł i na nich czas - tak, ci wszyscy nobliwi pozytywiści kiedyś pisali antyromantyczne manifesty. Tak samo jest z rockiem - jego istotą jest świeżość. Jest wiele dobrych zespołów, ale ta świeżość chyba odeszła bezpowrotnie.

Kiedyś i teraz - rycina bolesna
Brzmi jak problem Pierwszego Świata, ale tak jak umarł jazz, umarł blues, tak chyba już umarł rock. Mój brat twierdzi, że to w ogóle grunge zabił rock, bo przed grunge'em istniały jeszcze prawdziwe brudasy w stylu dawnych gitarowych bohaterów, w czasie grandżu ludzie słuchali tylko grandżu, a gdy grandż się skończył, to w zasadzie nic starego nie zostało, a potem do tego przyszedł rap. Może to i prawda, w każdym razie  z Humbaczkiem zrobiłam sobie przebieżkę po najnowszych trendach i czuję się jak staruch gdy oglądam te wszystkie kapele screamo/metalcore/screamocore/metalscreamocore/brutal death violent scream metal/djent-czyli-gram-na-jednej-strunie, które i tak brzmią jak jeden gatunek i brzmią zastanawiająco podobnie. 

Bring Me The Horizon akurat brzmi nieźle, także dlatego, że nie grają chujozy spod znaku "growl przeplatany typowym amerykanisz autotunowym zaśpiewem". Niemniej jednak dlaczego wszyscy metalcore'owi wokaliści jak jeden mąż są całkowicie wydziarani, tego nie wiem - wytatuowany wokalista, rycina poglądowa

Tym smutniej, gdy odchodzi artysta wciąż działający i poszukujący nowych środków wyrazu - albo odwrotnie, facet, który nawet w puchatych kapciach będzie żywym rock'n'rollem. Rock umarł, rock jest martwy, stary. A na pewno nie jest już tym, czym był kiedyś. Kiedyś wystarczyło pozbyć się zdjęć rekina w akcji, dzisiaj przeczytałabym o nim na Twitterze*.

*Incydent z rekinem miał miejsce w jednym z hoteli w Seattle, który leży dosłownie nad brzegiem oceanu - dlatego też nic nie stało na przeszkodzie, by lowić ryby z okna. W czasie typowych zeppelinowych bachanalii złowiono 30 małych rekinków i walały się one wszędzie, na podłodze, na fotelach, na łóżkach - a skończyło się na tym, że przywiązana do łóżka groupie była zaspokajana taką wciąż żywą rybą ku uciesze zgromadzonych. Zachwycona dziewczyna miała ponoć 20 orgazmów. W innej wersji, kawałkami ryby były napychane jej pochwa i odbyt, również ku uciesze gawiedzi. Nie wiem, co stało się z tą konkretną rybą.

Rekin is judging you - rycina poglądowa

piątek, 4 grudnia 2015

Perfekcjonizm



Niedobrze nie mieć w ogóle  tego głosu w głowie, który każe być wobec siebie krytycznym, ale jego niepodzielne rządy są bardziej niż niedobre.

niedziela, 8 listopada 2015

Żabencja od kuchni - jak to drzewiej bywało, jak się kiedyś rysowało

Same okazje ostatnio - osiągnęłam 500 polubień na fejsie, sto tysięcy wejść na blog, który prowadzę już 4 lata, a sama skończyłam ćwierć wieku. Dlatego nie dość, że pragnę podziękować Czytelnikom, to skoro zrobiło się tak okazyjnie i retrospektywnie, pragnę pokazać Wam to, czego w większości jeszcze nie pokazywałam, i nie są to moje nagie zdjęcia. Zrobiłam sobie wycieczkę po starych rysunkach i tadam! oto reprezentacyjne zestawienie, począwszy od tych najdawniejszych, poprzez te najbardziej niezręczne, aż do teraz. Miłego odbioru wizualnego!
(wszystkie obrazki można powiększyć kliknięciem)

1990-1995
Jestem szczęśliwym dzieckiem - zdrowym, najedzonym, w miarę ruchliwym, z nieodłącznym pluszowym Simbą pod pachą, czyli typowym dzieckiem początku lat dziewięćdziesiątych. Wspaniałości Zachodu mam na wyciągnięcie pulchnej ręki: bajki Disneya i Cartoon Network, kucyki Pony, Kaczor Donald i teledyski z lat osiemdziesiątych; wszystko zagnieżdża się głęboko w moim umyśle i często ląduje na papierze.

A to kucyponki

Nie wiem, co to za postacie, ale jakiś dziwny ferment panuje na tym obrazku
(i ta naklejka z Dżafarem, wtf)

To albo moi rodzice, albo wujostwo tuż po ślubie - i tata, i wujek są brunetami,
więc wiecie, muszą być cali czarni jak zwęglona zapałka
1996-1999
Idę do szkoły, przeprowadzam się, na świecie pojawia się Humbaczek. Rozpoczynam prawdziwe życie towarzyskie: wymieniam się karteczkami i naklejkami, nie ogarniam fenomenu Kelly Family i Spice Girls (pozostaję mentalnie w latach osiemdziesiątych), biję się z koleżanką przed lekcją religii. Uwielbiałam  Kubusia Puchatka i poświęcam mu nawet swój pierwszy wiersz; Puchatka często też rysuję, podobnie jak pieski i inne zwierzątka. Szkołę zaczynam z najnowszymi trendami papierniczymi, czyli kredkami Herlitz i zmywalnymi flamastrami Conte; paciam nimi zawzięcie na plastyce.

Od wczesnych lat dziecięcych byłam oczadziała zgniłym Zachodem,
ale przynajmniej byłam pomysłowa i robiłam takie oto ramki z zeszytów



2000-2003
W 2000 roku poznaję mojego pierwszego rysunkowego mistrza, Dona Rosę; do dziś uwielbiam jego drobiazgowe kadry, rozedrganą kreskę i rozbudowane - jak na komiksy o kaczkach - fabuły. Przygoda ze sztuką uczy mnie rysować, a przypadkowe napotkanie Kamienia Filozoficznego (prędzej czy później bym na niego trafiła, od siódmego roku życia jestem wściekłym molem książkowym) skutkuje tym, że Harry'ego zapewne czytać  aż do grobowej deski. Poza tym, jak chyba każdy w tym wieku, jestem dziwnym, niedookreślonym tworem wchodzącym w dojrzewanie, do tego zakochanym w Danielu Radcliffie i stanowczo nadużywającym suchych pasteli Koh-i-Noora. Zaczynam też pisać pierwsze opowiadania  - gustuję w klimatach albo typowo nastolatkowych, albo gotycko-dystopijnych. Zaczynam gimnazjum.

To chyba miało być fantastyczne zwierzę - z ogonem Pikaczu, taa

Naprawdę byłam zafascynowana zwierzętami, nawet robalami -
gdzieś mam rysunki z krocionogami. Tak, KROCIONOGAMI

Zwróćcie uwagę na tego porażonego prądem ptaka. Co ja miałam wtedy w głowie?
Mężczyzna mojego życia
2004
Z deszczu pod rynnę - podstawówka naprzeciwko więzienia jest niczym w porównaniu z tym, co oferowało gimnazjum mieszczące się w sercu Służewca Przemysłowego (zwłaszcza gdy jesteś nieśmiałym kujonem). Przez jeden numer W.I.T.C.H. kompletnie oczadzieję na punkcie Czarodziejek - sprzedaję je przyjaciółce i razem wzdychamy nad Calebem, pierwszym buntownikiem Meridianu. I wtedy zabieram się za rysowanie na serio... to znaczy na tyle serio, na ile może nastolata z dziadowskimi ołówkami, która bezlitośnie zżyna z komiksów.

Brak chromosomu to rzecz przykra

Pikny, rozmazany ołówek <3 w gruncie rzeczy komiksowy Caleb był
strasznym bucem, ten z kreskówki był bardziej zabawny.
Cóż, błędy młodości
2005
Pod choinkę dostaję porządne kredki (Crayola!) i zaopatruję się w lepsze ołówki; nie powiem, by po rysunkach nie było tego widać - ale wiele wody upłynie, zanim przestanę tak syfić kartki. Podpatruję też parę rozwiązań z randomowego numeru Kawaii, który walał się po domu: inwestuję w cienkopis, przestaję rozcierać ołówek i NA TO kłaść kolory, uczę się, jak cieniować kredkami i jak rysować ciastowe stopy; powoli zaczynam realizować własne pomysły. Gdy tylko dowiaduję się z tego samego numeru Kawaii, że bohaterka Kamikaze Kaito Jeanne jest reinkarnacją Dziewicy Orleańskiej (sic), a że uwielbiam Joannę d'Arc, kupuję ten komiks w ciemno na zlocie Łicza - brzemienna decyzja; staję się fanką mangi.

TEN BRUD TO CIENIOWANIE TA ANATOMIA

Dobrze, że miałam ten numer Kawaii i przestałam czynić zło ołówkiem
 2006
Oficjalnie z Łicza przerzucam się na mangę - bezbrzeżnym uwielbieniem darzę Arinę Tanemurę i Tukiji Nao, dlatego rysuję głównie zgnębione anioły i dziewczęta w powłóczystych szatach. Randomowe utwory z głębi młodziutkiego wówczas Youtube oznaczają nieodwracalną rewolucję - natrafiam na power metal i zaczynam nosić glany, ćwieki i czarne, obłe ciuchy; natrafiam na piosenkę z dzieciństwa i poznaję muzycznego mężczyznę mojego życia. A dzięki glanom już drugiego dnia w liceum poznaję dziewczynę w glanach, która też lubi mangę. Zakładam konto na Deviantarcie. W międzyczasie, pamiętnego lata w górach, wymyślam Vincenta.

Prawdę mówiąc, rysunki w tej mandze są piękne, ale fabuła to dno
 i dziesięć metrów mułu. Naprawdę opieka społeczna nie zainteresowała 
się tym, że rodzice podrzucili dzieciaka przyjaciółce, wyjechali za granicę,
rozwiedli się i już nie wrócili?


Jaki lachon, moje serce bije tylko dla niego
2007
Apogeum zmangowacenia - chodzę na spotkania mangowców, gdzie gdzie ludzie w Saskim nawalają się kijami, poznaję mastahów, którzy rządzą polskim Deviantartem i chodzę na konwenty. Hiromu Arakawa zostaje moją nową boginią, a Deviantart jest coraz ważniejszym źródłem inspiracji i zawiści - przelewam doń całą moją miłość do klasycznego rocka, Freddiego Mercury'ego, Roberta Planta i Tima Burtona. Romantyzm na lekcjach polskiego tylko podtrzymuje przewlekłe zgocenie - cały tył zeszytu mam wymazany bohaterami romantycznymi. Zaczynam inwestować w kredki Derwenta i cienkopisy bardziej profesjonalne niż Bic. Nie tylko rysuję - wymyślam Vincentowi koleżankę i zaczynam pisać opowiadanie o nim i o Wiktorii. (Specjalnie nie wstawiam rysunków vincencikowych - to materiał na osobne zestawienie ;)


Jako mangówa padłam ofiarą tej irytującej maniery, która każe infantylizować
dorosłych mężczyzn - teraz narysowałabym Roberta Planta z owłosioną,
spoconą piersią i w obcisłych dżinsach,  a nie jako wesołego przedszkolaka
To niby mój awatar. Nie dajcie się zwieść, ostatnio taka szczupła
 byłam w wieku prenatalnym
2008
Wyjątkowo płodny rok, warsztat rysunkowy i pisarski coraz bardziej się polepszał... na tyle, na ile mógł się polepszyć u nastolaty, dla której steampunk to szczyt elegancji. Opowiadanie o Vincenciku i Wiktorci rozrasta się do stu i więcej stron; wymyślam całe stosy pobocznych postaci (najczęściej efemerycznych i do bólu papierowych) i produkuję stosy rysunków które wcale a wcale nie sugerują, że główni bohaterowie mają zostać parą. Ponadto dzięki Vincentowi wkręcam się w klimaty wampiryczne (nie odwrotnie!). Próbuję też rysować na tablecie, ale mi to nie wychodzi i przez kolejne lata z uporem maniaka twierdzę, że mnie to nie kręci.

Dobrze widzicie, to ekipa z FMA w Maczusiu. W prawym dolnym rogu
znajoma, dla której to narysowałam

Burton strzela po oczach
2009
Burzliwy rok - kończę liceum, zdaję maturę, zaczynam studiować historię, przechodzę przez parę osobistych zawirowań. Powoli wychodzę z gotycko-mangowego kokonu (bye bye, glany), choć paradoksalnie to anime i manga skłaniają mnie do zmiany stylu: Kanashimi no Belladonna uwodzi mnie wiotkimi,hipisowskimi postaciami o długich rzęsach (i o nosach, które nie wyglądają jak cholerna połowa rombu), Balsamista nęci mnie ostrą, ekspresywną kreską i funeralną tematyką (pomińmy skandaliczne niekiedy błędy w anatomii). W poszukiwaniu czegoś, czym zrobię lekki lineart, sięgam po obciaszne, tanie długopisy. Okres ten wspominam niejako z rozrzewnieniem - zwłaszcza, że to były jedne z tych wylewających długopisów.

Carmilla Sheridana le Fanu. Moja prezentacja maturalna była o
wampirach, nietrudno było to przewidzieć
Drumming noise in my head, gargantuiczna łapa i garb na plecach

Let miii siii juuuu striiiipd
2010
Szybko odkrywam, że studiowanie historii to nie jest to, co frogi lubią najbardziej. Męczę się okrutnie, a stres odreagowuję, szlajając się ze znajomą po Starej Pradze udając, że jestę artystkę. Udaję też, że nie jestem gotycka, a i tak rysuję jakieś pseudoburtonowskie smuty w ciemnych kolorach. Zaczynam taśmowo rysować komiksy, inne niż dotychczasowe pierdoły w zeszytach w kratkę.

Tak wyglądałam w czasie pierwszej sesji
(okładka In the Court of the Crimson King)
No dobra, wrzucę jeden vincencikowy, lubię go

2011
Nieprzyjemny i smutny czas; niechętnie wracam do tego okresu. Rysuję o wiele mniej niż kiedyś, ale paradoksalnie potrzeba wyrażenia całej życiowej bejozy idzie w komiksy, których rysuję coraz więcej; Toldie namawia mnie do podboju świata, i tak, natchniona Chatą Wuja Freda, zakładam Koci koci żabci.





Pierwszy ogarnięty komiks! Tak mniej więcej wyglądałam na
każdych zajęciach w Instytucie Historycznym

2012
Rok i smętny, i radosny - odzyskuję powoli rozum i godność człowieka utracone przez studiowanie historii, zostaję rock'n'rollową żoną. Zakładam z Toldie Obrończynie Kanonu, rozpoczynam komiksową ekspansję i wkręcam się w promarkery - rzecz, którą z początku pokocham i której nigdy do końca nie opanowałam (te zacieki...).

Wszystkie moje lęki


2013
Kończę związek i dostaję nieprawdopodobnego kopa - rysuję i piszę jak oszalała, łapię pierwsze zlecenie, odwiedzam Polcon, a przede wszystkim rzucam cholerną historię i Idę Za Marzeniami, to jest na polonistykę. Od razu odżywam, nacierając się jambami i trochejami. W komiksach jestem zaskakująco regularna, wypuszczam pasek co dwa tygodnie.

Takich medżik kolesi rysowałam



Irytacja była ważnym elementem konstytuowania
się mojej świadomości feministycznej
2014
Otwieram rok wielkim osobistym fakapem, ale jedziemy dalej. Polonistyka ryje banię, ale pozytywnie - się ukulturalniam i się uspołeczniam; prócz tego jeżdżę, zwiedzam i się przeprowadzam. Robię jako rysownik-pomagier na archeologii, a kolejne zlecenia uświadamiają mi dwie rzeczy - raz, że już nie jestem takim znowu amatorem, dwa, że trzeba się tym intensywniej rozwijać; widzę swoje braki, ale uznaję to za dobrą sposobność, by nad nimi pracować. Inna sprawa, że w komiksowaniu dopada mnie haniebne lenistwo. Zaczynam też lądować na Kwejku i innych enigmatycznych miejscach Internetu.

Po tym zleceniu znienawidziłam promarkery - z wzajemnością
Robiłam też małe planszówki


Lubię ten komiks, wywołał dziwne poruszenie w Internetach.
Dowiedziałam się wówczas, że gardzę małżeństwem i się z tym obnoszę

2015
Zeźlona na promarkery, wyciągam tablet - zeźlona na niedziałający tablet, kupuję nowy, który okazuje się inwestycją roku. W końcu ogarniam cyfrowy rysunek i chyba nieźle mi to idzie. W obliczu komety ocierającej się o Ziemię robię małe podsumowanie i wychodzi na to, że jestem w miarę ogarniętym człowiekiem z paroma sukcesikami, a skoro nic Ziemi nie anihilowało, mam sposobność sukcesiki te pomnażać. Kończę 25 lat w zadowoleniu, szczęśliwości i prawie zjeżdżając pod autobus... ale jakoś mnie to nie dziwi.

Z Komixxów dowiedziałam się między innymi, że jestem sfrustrowaną
laską, której nikt nie chce, mam obsesję na punkcie swojego biustu
i że w ogóle mam się za siebie wstydzić

Jego Mulistość Sum


Powoli próbuję w kolorze

No i tak... Uroczo było przejrzeć to wszystko z pewnym zażenowaniem. Mam nadzieję, że bawiliście się tak dobrze jak ja, robiąc to zestawienie ;)