Rzewna Historia Pani Żabencji


Krzywda ludzka znana również jako Ojeb, olej na płótnie z Fotoszopa, 2015.

Dawno, dawno temu, w mroczną wigilię Samhain, wykluło się dziecko. Finito października, które ostatecznie odbiera światu jego letnią pozłotę, i duchy, które tego dnia zstępują na ziemię, mogłyby sugerować, że na owo dziecko czeka niezwykłe przeznaczenie – władanie odległym królestwem czy wyjątkowe moce.
Tymczasem jedynym, kto zapowiedział przyjście dziecka, był ginekolog z wojskowej przychodni, a bachor wyszedł zupełnie zwyczajny - i, jak się okaże, wyrośnie z niego pospolity gamoń.
Dziecię to - notabene samica - większość czasu spędzało na dłubaniu w nosie i cholera wie co by z niej wyrosło, gdyby mama nie nauczyła go rysować. Kształtujący się skill dojrzewał w oparach hitów z lat 80., którymi faszerował ją tatuś, ale brzemię przyjścia na świat w Halloween dało również o sobie znać; Objawiło się ono między innymi zamiłowaniem do rzeczy na wskroś zghociałych, a w biografiach znanych ludzi zawsze najbardziej interesowało ją to, kto jak i gdzie beknął.
Poza tym na arenę wydarzeń wkroczyły komiksy z Kaczorem Donaldem, a szczególnie czciła komiksy Dona Rosy o Sknerusie (Żabencja jest chyba jedyną osobą, która uważa Sknerusa za seksownego). A że nikt jej nie chciał czytać tych komiksów - to się sama nauczyła i tym samym otworzyły się przed nią Wrota Czcigodnej Kultury Pisanej. Nazwijmy to pierwszym punktem zwrotnym w jej życiu. Kolejnym jest wyklucie się młodszego Brata – Jaśnie Pana Dyrektora, który później da się poznać jako nadzwyczajne źródło inspiracji.

W szkole trochę ją nauczyli, jak się wypróżniać artystycznie - bardziej literacko, bo lekcje sztuki bardziej przypominały rozgryzienie tabletki ecstasy niż lekcje czegokolwiek. Zamiłowanie do paciania przy jednoczesnym ochujaniu kompozycji, doboru barw etc. skutkowało niezłymi ocenami - ale z Żabencji wyłaził ten gamoń i często prosiła mamidło, by jej coś narysowało za nią. 
Gdzieś wtedy zaczęła tworzyć swoje własne komiksy, naturalnie długopisem i na kraciastych kartkach A5. Tyczyły się głównie jej dynamicznej relacji z przyjaciółką Langustą i własnych kompleksów głębokich jak Rów Mariański. W tamtym okresie była do nieprzytomności zakochana w Calebie z W.I.O.C.H.y - facecie, który powstał z kwiatka, pasiastym buntowniku z Meridianu. Ileż to godzin, kartek i długopisów poświęcone zostało temu płomiennemu uczuciu, to nawet najstarsi górale nie wiedzą. Dodatkowo padła ofiarą mangi.
Liceum - dawna pensja dla panien, mająca siedzibę w dawnym budynku SS - miało na Żabencję niebagatelny wpływ. Przewlekłe zgocenie dało o sobie znać i zaowocowało zylionami krzywych, niby-mangowych rysunków oraz pierdyliardami zapisanych stron fanfików i przygód swojego mhrochnego alter ego. Nie była w tym procederze skrzywienia osamotniona, bowiem należała do tajnego sprzysiężenia Bractwa Białego Stolika (czyli z koleżankami okupowała jeden stolik w bufecie).
Ale Żaba wciąż nie rysowała ogarniętych komiksów, tylko jakieś martyrologiczne chujozy w zeszytach od polskiego.

Komiksy jako takie pojawiły się gdzieś w odmętach beznadziei, jaką było studiowanie historii. Po narysowaniu paska, w którym Żaba rozważa ucieczkę z uczelni i sprzedawanie misek Kuronia w telezakupach, jakoś tak samo ruszyło. Kiedy ktoś ją zmusił, by założyła na to osobnego bloga, w końcu posłuchała i założyła. Fiat luce, ecce blogasek.

No i warto było, bo założenie blogaska było jak kupno poradnika motywujących nagrań amerykańskich kaznodziejów telewizyjnych, czyli potem zdarzyły się cuda i dziwy. Przez te lata Żabencja rzuciła historię, została polonistyczną nierządnicą, grono chorych pojebów, które zawsze ją otaczało, wzbogaciło się o wspaniałe indywidualności, dostała trochę pieniądza za swoje rysuneczki i nawet nie przytyła tak bardzo.

Z ważnych informacji, Żabencja lubi kolor turkusowy, wspomniane hity z lat 80., książki o XIX-wiecznych dziwkach i żaby. Żaby przede wszystkim.

No i teraz to tak sobie derpię - kto wie, może gdzieś zaderpię. A tymczasem życzę Wam miłego czytania.

4 komentarze:

  1. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tu jeszcze nie walą tysiące! Cudna robota, derp delyj, bejbe!
    Pozdrawiam, Efą

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Żaba za pocieszenie! Dopiero co trafiłam na twojego bloga, ale coś czuję, że zostanę tu na dłużej (nie obawiaj się tylko)!
    Powodzenia i weny życzę! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Zakochana w Calebie z W.I.O.C.H.Y, buahahahahaha! Leżę! xD

    OdpowiedzUsuń