Co ja jestem

Dawno, dawno temu, nieco dalej niż zeszły piątek, w mroczną wigilię Samhain wykluło się dziecko. Klimat ponurego finito października i obecność duchów, które tego dnia zstępują na ziemię sugerowałyby, że na dziecko to czeka mroczne przeznaczenie - odległe królestwo albo chociaż jakieś supermoce. Tymczasem jedynym, kto zapowiedział jej przyjście, był ginekolog z wojskowej przychodni. No i nici ze zbawiania wszechświata - i jak się okaże, z tego dziecka wyrośnie pospolity gamoń.


Dziecię to - notabene samica - większość czasu spędzało na dłubaniu w nosie i cholera wie co by z niej wyrosło, gdyby mama nie nauczyła go rysować. Zaczęło się od placków w stylu zmielonej papugi, ale mimo to Żaba pielęgnowała rodzącego się skilla. Tata w tym czasie nafaszerował ją hitami z lat osiemdziesiątych, nauczył jeździć na rowerze i kupił kucyka. 



Wszystkie dzieci są dziwne i mają bujną wyobraźnię - trzeba więc było pielęgnować te cechy, karmiąc się kreskówkami na Cartoon Network i teledyskami do wspomnianych hitów lat osiemdziesiątych. Dodatkowo przyjście na świat w Halloween sprawiło, że Żaba od wczesnych lat dziecięcych cierpiała na przewlekłe zgocenie - może i nie obrywała nóg muchom, ale pierwszy pogrzeb zaliczyła już w wieku trzech lat i od tamtego czasu lubi cmentarne klimaty; w biografiach zawsze najbardziej interesowało ją to, kto jak i gdzie beknął.


Poza tym na arenę wydarzeń wkroczyły komiksy z Kaczorem Donaldem, a szczególnie czciła komiksy Dona Rosy o Sknerusie (Żaba jest chyba jedyną osobą, która uważa Sknerusa za seksownego). A że nikt jej nie chciał czytać tych komiksów - to się sama nauczyła i tym samym otworzyły się przed nią Wrota Czcigodnej Kultury Pisanej. Nazwijmy to punktem zwrotnym w jej życiu.


Kolejnym punktem zwrotnym jest wyklucie się młodszego Brata - Jaśnie Pana Dyrektora, który później da się poznać jako nadzwyczajne źródło inspiracji.



W szkole trochę ją nauczyli, jak się wypróżniać artystycznie - bardziej literacko, bo lekcje sztuki bardziej przypominały rozgryzienie tabletki ecstasy niż lekcje czegokolwiek. Zamiłowanie do paciania przy jednoczesnym ochujaniu kompozycji, doboru barw etc. skutkowało niezłymi ocenami - ale z Żaby wyłaził ten gamoń i często prosiła mamidło, by jej coś narysowało za nią. (Zła Żaba.)



A, właśnie - w podstawówce właśnie Żaba została Żabą. Ale dlaczego tak się stało, nie może być ujawnione publicznie - na coś muszę podrywać ludzi. 



Gdzieś wtedy zaczęła tworzyć swoje własne komiksy, naturalnie długopisem i na kraciastych kartkach A5. Tyczyły się głównie jej dynamicznej relacji z przyjaciółką Langustą i własnych kompleksów głębokich jak Rów Mariański. W tamtym okresie była do nieprzytomności zakochana w Calebie z W.I.O.C.H.y - facecie, który powstał z kwiatka, pasiastym buntowniku z Meridianu. (Wiele to o mnie mówi.) Ileż to godzin, kartek i długopisów poświęcone zostało temu płomiennemu uczuciu, gdy wędrowała po magicznych królestwach jako uzbrojona magical girl, to sama Żaba nawet nie wie. Dodatkowo padła ofiarą mangi.


Liceum - dawna pensja dla panien, mająca siedzibę w dawnym budynku SS - miało na Żabę niebagatelny wpływ. Przewlekłe zgocenie dało o sobie znać: zapragnęło się zostać brudasem. Trwające całe trzy lata bycie mhrochną zaowocowało zylionami krzywych, niby-mangowych rysunków oraz pierdyliardami zapisanych stron fanfików i przygód swojego mhrochnego alter ego. Wtedy też powstała nieśmiertelna epopeja o wampirze Vincencie i człowieku Wiktorii.
Ponadto gdzieś w drugiej klasie wraz ze swoimi dziewczętami założyła Bractwo Białego Stolika - coś jak prerafaelici albo Skamander, ale nie tak wysokich lotów. Za to stworzyły nowy nurt w sztuce zwany pierdolizmem. Z Bractwa wywodzi się również Toldie, z którą Żaba prowadzi Obrończynie Kanonu.

Ale Żaba wciąż nie rysowała ogarniętych komiksów, tylko jakieś martyrologiczne chujozy w zeszytach od polskiego.


Komiksy jako takie pojawiły się gdzieś w odmętach beznadziei, jaką było studiowanie historii. Po narysowaniu paska, w którym Żaba rozważa ucieczkę z uczelni i sprzedawanie misek Kuronia w telezakupach, jakoś tak samo ruszyło. A że podobno nie było to znowu takie beznadziejne, to wstawiała to w internety. Kiedy ktoś ją zmusił, by założyła na to osobnego bloga, posłuchała i założyła. Fiat luce, ecce blogasek.



No i teraz to tak sobie derpię - kto wie, może gdzieś zaderpię. A tymczasem życzę Wam miłego czytania.


4 komentarze:

  1. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tu jeszcze nie walą tysiące! Cudna robota, derp delyj, bejbe!
    Pozdrawiam, Efą

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Żaba za pocieszenie! Dopiero co trafiłam na twojego bloga, ale coś czuję, że zostanę tu na dłużej (nie obawiaj się tylko)!
    Powodzenia i weny życzę! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Zakochana w Calebie z W.I.O.C.H.Y, buahahahahaha! Leżę! xD

    OdpowiedzUsuń