piątek, 23 grudnia 2016

Wes. Świąt


Zanim włożyłam spodnie, chodziłam w gigantycznej piżamie-żabie, którą kupili mi kumy na urodziny. Generalnie jest całkiem wyjściowa, bo zarówno mogę przyjąć w niej mężczyznę, będąc złożoną chorobą, jak i tańczyć do Rasputina na wyjeździe integracyjnym. Ale są Święta, to trzeba włożyć spodnie. O majtkach nie mówiąc.
Wesołych Świąt bez mordowania karpia! <3


poniedziałek, 12 grudnia 2016

Aby język giętki


Znam (albo znam, ale zapomniałam) chyba wszystkie zasady poprawności językowej, ale im bardziej się staram, tym proporcjonalnie mi nie wychodzi. Innymi słowy, można mnie wziąć za studentkę nie polonu, a raczej WSRH (Wyższej Szkoły Robienia Hałasu, czy co tam się teraz wpisuje dla beki w rubrykę "Wykształcenie").

sobota, 12 listopada 2016

Time warp, czyli ewolucja Żabaczu

Pod ostatnim kumiksem zamieszczony został komentarz, który sprawił, że natchnienie spłynęło na me skronie złotą kaskadą idei *kaszel*, bowiem czytelnik podrzucił mi link z bloga Revv. Pomysł mi się spodobał okrutnie. Nie wiem, czy rzeczywiście wszyscy chcą zobaczyć, jaki był ze mnie niespełniony got (bo grozi to uwiądem estetycznym) ale przypomniało mi się, że już dawno chciałam wziąć na warsztat zabawę polegająca na narysowaniu swoich poprzednich awatarów. Poprosiłam więc tatę, by podrzucił mi zdjęcia z poprzedniej dekady - ta męczarnia wizualna stanowczo była warta frajdy, jaką daje takie podsumowanie. Akurat miałam niedawno urodziny, więc rzut okiem wstecz jest całkiem naturalny, a do tego przypomniało mi się, że prowadzę bloga już pięć lat. I nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że jakiś etap w jego życiu niedawno się zakończył. I zaczyna kolejny. Nie trzeba Wiedźmina, by sobie to uświadomić.
Także tego, zapraszam, mam nadzieję, że mój nastoletni angst Was nie powali.




czwartek, 22 września 2016

Blitzkrieg der Liebe


Jakiś czas temu przeczytałam wyniki badań, z których wynika, że psy rozumieją nas lepiej, niż nam się wydaje. I bez tej lektury wiem, że to prawda.
Tym samym przedstawiam Wam Szoguna (bo nie jest to brodaty Humbaczek, bynajmniej) i jego wiernego wilkora (największego koksownika psiej charyzmy).

piątek, 2 września 2016

Żabencja od kuchni - Wincenty, Wiktoria i reszta ferajny, czyli witajcie w autorskim derpowersum, cz. 1

Większość ludzi, którzy w wieku nastoletnim natknęli się na mangę, anime, fantastykę i inne dobra popkultury, też zaczyna tworzyć własne postacie i uniwersa. Ewentualnie rozszerzają i modyfikują te istniejące - niekoniecznie na poziomie przeciętnych córek Voldemorta - ale cel jest jeden: snucie własnej opowieści. Nie każdy odbiorca kontentu fantastyczno-komiksowego jest z marszu jednostką utalentowaną tudzież wrażliwą, i nie każda taka własna opowieść jest dobra. Jednakże mogę zaryzykować stwierdzenie, że w przypadku tego stylu odbioru kultury tworzenie własnych rzeczy jest bardzo często naturalną konsekwencją tego odbioru. Córki Voldemorta też są jego konsekwencją. 


Typowa córka Czarnego Pana, rycina
poglądowa. Takie cuda na Wattpadzie
Może dlatego, że nasi ulubieni autorzy tworzą światy, w których skrycie chcielibyśmy żyć - banał to, ale banały mają to do siebie, że są prawdziwe. Chciałoby się żyć nie w mrówkowcach w Białymstoku, a w domach hobbitów, siedzieć przed okrągłymi drzwiami i obserwować rosnącą sałatę; chodzić nie do roboty w call center, tylko do roboty w Ministerstwie Magii, gdzie nawet papierkowa robota ma swój powab, bo dokumenty zmieniają się w samobieżne składane samolociki. A swój własny, pieczołowicie tworzony wszechświat jest jak ciepła chatka, w której można się skryć - zarówno w twórczych momentach życia, jak i tych, gdzie potrzeba nam otuchy. 


Moją ciepłą chatką jest historyjka o wampirze Wincentym i człowieku Wiktorii, którą wymyśliłam w niezręcznym momencie zawieszenia między gimnazjum a liceum, w chwili gdy stwierdziłam, że metal jest czadowy i chcę zostać gotem. Mija właśnie 10 lat od tego momentu i naszła mnie wspominatoza. Technicznie powinna być to już melodia przeszłości, tak samo jak słuchanie hiszpańskiego power metalu, zachwyt nad Łiczem i chodzenie w bojówkach - ale nie chce mi się tak do końca z tego wyrosnąć. Bo to głupawe opowiadanie rozrosło się w blisko 200-stronicowe powieścidło, nad którym pracowałam blisko kilka lat, więc jakby nie było, całkiem istotny epizod w życiu. Szukanie inspiracji do "Vincencików" zaowocowało albo pogłębieniem dotychczasowych pasji, albo znalezieniem nowych - chociażby moja prezentacja maturalna była poświęcona wąpierzom, pisałam licencjat z literatury romantycznej, kultura XIX wieku nieodmiennie chwyta mję za serce i jakby nie było, pośrednio przez tę chuć pisania wylądowałam na polonie.


Za bezpośrednią przyczynę zainteresowania się XIX wiekiem uważam Godzinę pąsowej róży, jeden komiks Gigant i to -  czyli wypożyczoną przypadkiem z biblioteki Frankensteina w wersji dla dzieci. I tak, w dziecięcej książce były takie oto  radosne ilustracje. Strasznie przeżyłam tę książkę (zwłaszcza sen doktora Frankensteina, gdzie krzyczy "Robaki! Robaki z grobu mej matki!") ale się nie przeraziłam ani nie zbrzydziłam, byłam totalnie zafascynowana.
Wersja normalna też zrobiła na mnie spore wrażenie
Postacie z tej powiastki dojrzewały wraz ze mną, marły, jeśli nie wytrzymywały próby czasu lub odradzały się co jakiś czas w rysunkach i opowiadaniach. I czasem odradzają się do teraz.
Z okazji dziesięciolecia - zapraszam Was do Żabowej kuchni.
W pierwszej części poznacie bohaterów tej Czadowej Historii: od mangowo-gotyckich początków, poprzez burtonową schizę, wstydliwy kwasi-zmierzchowy epizod aż po przebicie się w komiksach na tego bloga. W drugiej - skoro nie chce mi się z tego wyrastać, to niech oni dorosną, ergo, poznacie ich wcielenia Anno Domini 2016.
Pominę postacie, które stworzyłam później i które nie są wampiro-wilkołako-elfami, bo są bardziej wiarygodni - opowiem Wam o tych, którzy tworzyli oryginalny zrąb tego wiekopomneg dzieua.
Indżojcie!


Wincenty
Mój postgotycki syn, czyli pierwszy z wesołej ferajny, przyszedł na świat w okolicznościach zupełnie nieklimatycznych - nie była to burzowa noc godna Mary Shelley, ale podróż pociągiem w dzień całkiem słoneczny, a konkretnie 10 sierpnia 2006 roku. Nie znaczy to jednak, że nie roztaczam wokół jego narodzin tajemniczej mgiełki - moja wyobraźnia została zapłodniona przez pewien obraz odgrzebany ze wspomnień, ale dla zasady prawie nikomu nie mówię, kto tu jest ojcem. Stanął mi przed oczami taki wychudzony, blady jegomość w czerni, którego po paru dniach ochrzciłam imieniem Vincent - na cześć gotyckiej stylówy Vincenta van Ghoula z, słodki Jezu,13 demonów Scooby Doo. Żebym to ja jeszcze wiedziała, że to zmutowany Vincent Price, co samo w sobie jest niezłym błogosławieństwem. W końcu imię to spolszczyłam, bo takie anglicyzowanie na ziemi polskiej to wali siarą jednak. 


Vincent van Ghoul, rycina poglądowa. Wyobrażałam sobie
Vicka właśnie w takiej jebutnej pelerynie, rozsiewającego
gotycki czar. Ale bez bejowatego doga niemieckiego
W zamyśle Wincenty był wampirem połowicznym - nie dlatego, ze zrodzon z wąpierza i niewiasty, tylko dlatego, że jego stwórca to ojeb. Urodzony w roku 1853, późne dziecko czynu romantycznego, zubożały pan na zubożałych włościach, który przespał większość XX wieku i teraz z pewną nieśmiałością wdraża się w meandry wieku XXI. Zazwyczaj sympatyczny i dowcipny, bywa nierozgarnięty i dzbanowaty, czasem świr, a czasem człowiek cierpki, złośliwy i wyniosły. I najwyraźniej  prawiczek, bo w moim 16-letnim umyśle seks był mocno abstrakcyjną ideą; z czasem stwierdziłam, że można mu pozwolić chodzić na dziwki czy co.
Tak jak ja jestem dzbanem, tak Wincenty przejął część dzbaństwa po mnie; aczkolwiek ma parę cech, które zawsze ceniłam u mężczyzn - szlachetność mimo niesprzyjających okoliczności, poczucie humoru, idealizm, rozwiany włos bohatera romantycznego, szlachetny tak jak charakter rys twarzy i bonus w postaci wydatnych kości policzkowych. Om nom.


2006. To nie jest Vincencik właściwy, tylko
jakieś podchody ku tej postaci w tyle zeszytu do bioli.
Ale uważam ten maziaj za doniosły, bo to pierwsza
taka próba


2007. To wciąż nie jest Vincencik właściwy, to rysunek dla koleżanki,
która chciała mieć seksownego wampira. Ale widzę w tym jakiś
subtelny (albo, z innego punktu widzenia, chamski) wtręt własny,
jak wyobrażam sobie własnego wampira. Aczkolwiek Vincento
jest pieprznięty jak koń po kręceniu westernu
i nie wygląda tak dystyngowanie
2007. Jee, pierwszy oficjalny rysunek Vincenta! Obok zamieściłam
charakterystykę, że nie jest nieśmiertelny i ma jeden kieł, a do tego jest "lekko szurnięty".
Do dziś rozwala mnie ten szkic, jak biszonen
2008. Wincuś dał się poznać jako gotycka męska lolita 


2008. Ło matko, skąd taka zmiana w moim warsztaciku?
Podejrzewam, że Sweeney Todd maczał w tym palce
(żart dla kumatych)

2008. Nie poprzestałam na rysunkach i multum filcu później
stworzyłam własnego Derposteina

2010. Jak czerpać z Aubreya Beardsleya nie znając wówczas Aubreya Beardsleya



2012. Oficjalne przywitanie i pokaz cyców


Wiktoria
Ziomalka Wincentego, człowiek z krwi i kości. Imię nadałam jej po królowej Wiktorii, babce Europy i fundatorce purytańskiego imperium. Do magicznej chatki wąpierza trafiła przez przypadek, kiedy jak głupia pipa włóczyła się po lesie w nocy, a potem to jej się z różnych przyczyn nie chciało wracać do domu, toteż zagościła w tej kwaśnej dość wersji Hotelu Transylwania. 
Stworzyłam Wiktę rok po Wincenciku i tym razem ni groma nie pamiętam tej doniosłej chwili. Na pewno egzystowała już w lipcu 2007 roku, w tanim zeszycie A5 w kratkę, gdzie zaczęłam spisywać pierwszy rozdział mego łopus młagnum. I tak, z początkiem września 2007, przyniosłam do szkoły wydrukowane cztery strony pierwszego rozdziału - koleżanki wtedy zaczęły pisywać opowiadania, więc co miałam sobie żałować. Generalnie za swój największy sukces literacki uważam to, że czytały jeden odcinek na chemii i się chichrały - a nauczycielka chemii siała popłoch jak liceum długie i szerokie.   


Różnie wyobrażałam sobie Wikciną historię - początkowo była typową 17-letnią Mary Sue z cienszkom przeszłością (macocha okładająca ją drewnianą chochlą, alternatywnie inteligentny przyrodni brat Walduś, brak akceptacji przez kolegów w gimbazie etc.) Stanowiła personifikację typowego rudego piegusa z krewkim usposobieniem, oczywiście ryżego naturalnie, niczym świeżo importowana celtycka księżniczka. (Zawsze chciałam mieć rude włosy i przez lata wmawiałam sobie, że to zły pomysł - tymczasem w miedzianych wyglądam wcale nieźle.) No i obowiązkowo czuła się brzydka. Trochę chłopczyca, chyba dlatego, że zawsze sympatyzowałam z dzielnymi dziewczętami, które zlewały normy genderowe (damn, w 2007 roku nawet tego słowa nie było) - Joanną d'Arc, Emilią Plater, a z mniej historycznych na przykład Janis Joplin. Chociaż opowiadanie to nieuchronnie płynęło ku wodom romansu, założenie było takie, że uprzednio będą się tylko - czy raczej aż - przyjaźnić. Taki motyw zawsze do mnie bardziej przemawiał niż miłość instant - inna sprawa, że potem nadszedł Zmierzch i reszta jego bękartów, więc ogarnęła mnie groza, że w rzeczywistości i tak tworzę jakiś głupawy romans paranormalny. 


Bożyszcze roku 2008, rycina poglądowa
2007. Jee, pierwszy szkic Wikty! Obok zamieściłam charakterystykę
z której wynika, że jest chłopczycą o delikatnej urodzie i że
"nie ma większych zainteresowań". Poczytuję to za swoją
wielką szczerość w tworzeniu Mary Sue
2008. Analogiczne do projektu męskiej gotyckiej lolity szkice.
W prawym górnym rogu fantazja o grzybie atomowym, bo
w końcu bohaterka jest zbuntowaną nastolatką
2008. Gdzieś ta wredota się czai (podobnie jak cień za oknem i psychomysza)

2008. No właśnie, co mi się wtedy tak zgociało. Pewnie
to wina poprawki z matmy (nauka do niej była swoją drogą
okresem bardzo płodnym twórczo)
2010. Jak tak na to patrzę, to do dzisiaj podobnie ją sobie wyobrażam.
(Gdy to rysowałam, odwlekałam naukę łacińskich liczebników)
2012. To się rozmnaża

Małgorzata

Alias Margot. Imię ma prawdopodobnie po siostrze Anne Frank, bo chyba po prostu  zapadło mi w pamięć. Starsza Siostra Wincentego, o której on myślał, że dawno nie żyje - tymczasem żyje i ma się dobrze, do tego jest wampirzycą. Bardzo dawno temu, jeszcze w odmętach drugiej połowy XIX wieku, brat ją użarł w napadzie wampirycznego szału, wywołanego obmierzłą prowokacją siostry. (Vins mimo swojego statusu ontologicznego mieszkał jeszcze jakiś czas z rodziną.) Na skutek tego wydarzenia rodzina się rozpadła, ojciec zabrał Margot ze sobą. Nawet po upływie ponad wieku dziewczę pała pragnieniem zemsty. W pierwszej wersji historii Wikta dowiaduje się o tym straszliwym występku w chwili, gdy odnajduje jej pamiętniki. No kurwa, już w Crimson Peak było subtelniej - kto oglądał ten wie, jak ten film fabularnie ssie. Ale wybaczam sobie, byłam 17-letnim niewyrobionym literacko preclem. A propos preclowatości - zapytacie pewnie, co Wikta zrobiła z wiedzą na temat przeszłości Wicka. Cóż... wystarczyła jej konfrontacja i świadomość, jak on postępku tego żałuje.



fuck logic

Mardż zawsze wyobrażałam sobie jako archetyp żeńskiego buca - dwulicową i bezwzględną, a jednocześnie tkniętą chorobą bovaryzmu. Tknięta rakiem Zmierzchu, widziałam ją jako wiecznie gładką i piękną. Jak się teraz zastanowić, zajeżdża to archetypem Złej Siostry. Może chociaż uczynię ją starą i pomarszczoną czy coś.



2007. Jak już zwróciłam uwagę 6 lat temu, to chyba
jest albo sama Mardż, albo jej prototyp. Proszę
zwrócić uwagę na bucerę malującą się na tym obliczu
2009. Coś mi się wydaje, że taka fryzura w XIX wieku 
by nie przeszła
Jakiś 2012. Aż chciałoby się zanucić Pass This On na ten widok:



Anne

Młodsza siostra Margot i Vicka. Tym samym pierwsza z pocztu postaci zapomnianych Może być, że imię zapożyczyłam od Anneliese Michel (japierdziu). Jej losy po rozpadzie rodziny również nie były znane jej bratu, tymczasem jak dobrze pamiętam, Mardż wzięła ją pod swoje mordercze skrzydełka i zwampiryzowała, na skutek czego młoda mocno oczadziała. Poza retrospekcjami, pojawiła się na bardzo krótko i zaraz zginęła, brawa dla autorki. Obawiam się też, że coś w niej zajeżdżało zmierzchową Alice. Z czasem uznałam ją za postać mocno nadprogramową i odpłynęła w mrok niepamięci, ale jak tak teraz myślę, dałoby się dla niej wyznaczyć doniosłą rolę w tym przedsięwzięciu.
2008. Grzeczne dziewczę


2009. Niegrzeczne dziewczę, które ma zlasowany
wampiryzmem mózg i działa w myśl zasady żeby życie miało smaczek


2009. Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach

Bob

Muszę Wam się do czegoś przyznać. Lubiłam mangę, ale jakieś wrodzone rozum i godność człowieka nie pozwoliły mi popaść w mangozjebstwo. 
Z jednym wyjątkiem. A na imię mu Bob.
Boba wymyśliłam razem z koleżanką z liceum - która, swoją drogą, koniecznie chciała w tym opowiadaniu wystąpić i jako wampirzyca bałamucić Wicka, toteż ochoczo ją tam epizodycznie umieściłam, podobnie jak awatary innych koleżanek... jprdl, gdzie było moje pisarskie poczucie obciachu. 


Awatar koleżanki z liceum, rycina poglądowa z 2008 roku. Prawdę mówiąc,
w roli epizodycznej wystąpiły tam wszystkie moje znajome z liceum.
JA TEŻ. Co czyni mnie prekursorem Autorkasizmu

Bob ma swoje imię po Bobie Budowniczym. Tak. Pierniczonym Bobie Budowniczym, bo w swojej istocie Bob miał być trollem - inkubem, wiktoriańskim architektem-budowniczym, yaoistycznym pomiotem na żółtym traktorze, którego jedynym celem istnienia jest przebzykanie większości mieszkańców piekła. Znajomość z naszą dwójką rozpoczął od chwili, gdy rozpieprzył pół domu Wincentego, bo krzywo wyjechał z piekła. Od tamtej chwili marzył, by dobrać się do rzyci pana na włościach, i zawsze jakoś wracał. Tak naprawdę wracał, bo nie umiałam tworzyć spójnej fabuły, więc kręcił się po niej jak smród po gaciach. 

...Dlatego też analizy blogasków były w gruncie rzeczy bolesną pokutą.


2008. A KTO TO TAKI ŚLICNY

2009. Jak tak na niego patrzę, to chyba zapatrzyłam się
kapeńkę na Roberta Planta


Powód dlaczego się zapatrzyłam, rycina poglądowa. Robson był moją
małą miłostką z czasów liceum i jako ta wszetecznica darzyłam
jednoczesną atencją i jego, i Fredka Merkurego. Ale to ten krzywozębny
bezdzietny pederasta jest mojom prawdziwom miłościom


Mania

Służąca Wincentego, relikt jego burżuazyjnych przyzwyczajeń. Nie była człowiekiem, wampirem, elfo-wilkołakiem ani nawet magiczną wróżką urodzaju, tylko kimś w rodzaju uszatego gnoma. (Hm, dopiero teraz dotarło do mnie, że nieświadomie musiałam inspirować się skrzatami domowymi.) Miała ze trzysta lat, niezbyt wywiązywała się ze swoich obowiązków, była małomówna, burkliwa i spała na kolanku od zlewu. W pewnym momencie powiła rozkoszne bękarty z jakimś anonimowym penisem, które to dzieciątka dały się poznać jako zmasowana plaga deluxe.


2008. Ten jeden wizerunek Mani robi za wszystkie

Belzebub

Alias Bruno vel Bubek. Dlaczego Belzebub - cholera wie, szczerze mówiąc. Stały gość Wincentego, amator ciężkiego brzmienia. Najpierw był demonem, potem zrobiłam z niego wąpierza, w każdym razie był archetypem metalowego kuca co to porozumiewa się głównie monosylabami. Smagłolicy, wcale przystojny, długie, krucze włosy. Stały gość Wincentowej posiadłości, jego metalowe płyty miały niebagatelny wpływ na bieg wydarzeń. Z czasem zrobiłam z niego konkretnego żądnego krwi skurwiela - a jeszcze później podzielił los Anne.


2009. Na mojej szafce w liceum była inskrypcja "Kołobrzeg '52". Uznałamto za niezwykle zabawne, toteż dałam Bubkowi taki marynarski tatuaż



Lilith

Jakie to mhroczne, oryghinalne imię, psia mać. Lilith była przywódczynią Aniołów Piekieł (fakt, iż ta nazwa już istnieje i należy do gangu motocyklowego, jakoś zupełnie mi nie przeszkadzał). Anioły Piekieł raz przylazły do domu Wincentego i zrobiły burdel, a wszystko po to, by główni bohaterowie się finalnie przytulili, aby dodać sobie otuchy. Lilith była typową laską motocyklisty obdarzoną aparycją, do której nastoletnia poczwarka jakoś tam mogła aspirować w swoich marzeniach - wysoka, długie kręcone włosy, tatuaże, skórzane ciuchy, szpile bijące na głowę te, które miałam na studniówce. Dzisiaj też podoba mi się stylówa rockersów, rockabilly i gotów z lat 80., ale aspirować do nich już mi się nie chce. Tak samo jak lubię tatuaże u innych, ale nie na mnie.
A jeśli chodzi o pozostałe Anioły Piekieł - ochrzczonych później mianem Róż Cmentarnych, bo mi się podobała taka alternatywa nazwa pośmiertnych plam opadowych - to nie są one warte dłuższego wywodu; są to postacie efemeryczne, którym po prostu chciałam nadać jak najwięcej czadowych imion bożków z różnych stron świata, bo jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo opkowa jest ta konwencja.



2008. A to Anioły w komplecie
2009. Jestem kól mimo małych nóżek


2011 (to znaczy rysunek jest z 2009, ale przerobiłam go dwa lata później
z jakichś tam powodów). Nie wiem, co tu się odjaniepawla, ten gościu na dole
 miał być jej kochankiem i Głównym Złym (których też było sporo), ale jedno jest pewne - lubiłam i lubię rysować włosy, dlatego moje postacie są niemal zawsze obdarzone bujną czupryną. I chyba nie wiedziałam wtedy, że istnieje coś takiego jak pas do pończoch zamiast pończoch przytroczonych do majtasów

Lenora

Powstała dużo później, zapewne w 2009 roku, chyba jako przerobiona persona z Aniołów Piekieł i tym samym przejęła rolę wspomnianego awatara koleżanki. Zdążyłam się już wtedy ponacierać twórczością Poego, stąd imię - choć jej prawdziwe imię i nazwisko to Maria Murzańska (istniała taka naprawdę, szczypnęłam to  z tablicy na Rusinowej Polanie) i była prostym dziewczęciem, które zmarło przedwcześnie i stało się strzygą.
Jeśli chodzi o aparycję, Lenora była prawie tak odjechana jak Lilith - miała fioletowe włosy (czasem naturalne, czasem perukę) upstrzone milionem spinek i kokardek, nosiła gorsety, pończochy i spódniczki godne gotyckiej lolity i mocny, przypominający lalkę makijaż. Generalnie słuchałam wtedy Emilie Autumn. 


Emilia Jesień, rycina poglądowa

Z charakteru Lenora była, co tu dużo mówić, nawiedzona, bo była egzaltowana, skrajnie emocjonalna, beczała z byle powodu, a jednocześnie miała mieć dziewczęcy urok polegający głównie na skrajnej naiwności. Miała też problemy z pamięcią (dlatego też zapomniała, że jest jedną z Róż Cmentarnych) i czasami potrafiła wypsnąć jej się druga osobowość  o imieniu Eufrozyna, która wyzywała wszystkich ludzi dookoła. Prawdopodobnie dla postronnych, zarówno realnych, jak i fikcyjnych, była postacią niemożebnie wkurwiającą.



2009Rysowałam tumbrlowe włosy zanim stały się modne

2010 (chyba). Lenora miała swojego narzeczonego o budzącym respekt imieniu
Jędruś

I to tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że spotkanie z moim fikcyjnym folwarkiem było choć trochę frajdogenne, bo ja ubaw miałam, przeglądając te wszystkie rysuneczki i przypominając sobie, kto kogo użarł i kto kogo natarł nieśmiertelnością. Kolejna część (albo i części) już wkrótce, a na zakończenie - zbiorowe ryjuszki:


2009. To były czasy


wtorek, 26 lipca 2016

Tkanina z Derpeux, czyli powrót Klodmana Wykształciucha


WRÓCIŁAM. Po półrocznej przerwie.
Wypadałoby się wytłumaczyć z największej jak do tej pory przerwy - no cóż, eee, wytłumaczenie jest o tyle proste, co beznadziejne, bo rozchodzi się o czas i chęci, których w ostatnich miesiącach mi brakło. Nie jestem też mistrzem multitaskingu i kiedy rysowałam, to ograniczyłam się do zlecenia, a kiedy nie rysowałam, cisnęłam licencjat i ogarniałam resztek studiów. Z powodzeniem.

Komiksy zasadniczo zaczęłam rysować w chwili, gdy jedyną alternatywą dla studiów wydawała mi się telesprzedaż misek Kuronia, a ten ból istnienia uwieczniłam tutaj. Próba studiowania historii była, nie zawahajmy się tego dosadnie powiedzieć, niekończącą się sraką - z wielu przyczyn, ale nie rozwódźmy się nad tym. Wybrałam polonistykę, bo zawsze tego chciałam, niezależnie od komentarzy "to co, będziesz uczyć w szkole?". I tu mi się udało, od ponad dwóch tygodni mam wyższe wykształcenie. Wiem, że licencjat z polonistyki brzmi tylko trochę lepiej od dźwięku poduszki-pierdziuszki, ale nie odbieram sobie frajdy, że skończyłam studia.

Toteż na tkaninie z Derpeux uwieczniłam zarówno ten wiekopomny moment, jak i wszystkich, którzy mnie w naparzaniu licencjatów wspierali lub ze mną go oblewali, yyy, świętowali - rodzicieli, Humbaczka, mężczyznę mojego, Dolana (to ta dwójka na prawo), Toldie z mężczyzną swoim, dziadka mężczyzny (kibicował) i, cóż, Jana Długosza (prawy dolny róg). Nikt nie rozumie moich uczuć wobec Długosza, a jest to facet, który też nie skończył studiów historycznych i wyszedł na tym wcale nieźle. Poświęciłam mu dwie płomienne prace roczne (na obu kierunkach) i jedną prezentację. 
Tkanina z Bayeux nasunęła mi się dzięki lekturze 1000 lat wkurzania Francuzów, a że pisałam o Joannie d'Arc i innych rycerskich lasencjach u Mickiewicza (sic), to tym bardziej pasowała mi niezgorzej, zwłaszcza że od dawna miałam chrapkę na narysowanie czegoś w średniowiecznej stylówce. Uraczyłabym Was wspaniałą rzeczą, jaką jest zrzut fragmentu mojej pracy w Comic Sansie (nie pytajcie, dlaczego), ale fragment ów został w domu, a ja aktualnie bujam się nad morzem. (Z tego też powodu nie wrzucam skanu, a zdjęcie Tkaniny, którą narysowałam tymi oto ryncami, nie w Fotoszopie).

Zatem - bujam się dalej, morskie całusy i do następnego! 

czwartek, 18 lutego 2016

Kup pan zwierzaka + Rock umarł, rock jest martwy cz. 2 - Bowie, groupies i Bożek Relatywizmu Moralnego

 

Polecam dział Zwierzęta na Allegro - możecie na przykład kupić tam stado kuców za 87 tysięcy, zakocone samiczki alpak, ciułałę za 5 tysi, psa za złotówkę, zapowiedź miotu mastifa (tak) i skunksa. Ogłoszenia w tym kumiksie naturalnie nie są literalnym zrzynem i są Dziełem Inspirowanym, ale ogólnie that's the spirit.


Abstrahując od zwierząt, napisałam coś, z czego zrobiło mi się coś na kształt artykułu. Także ostrzegam, tl;dr.


Do napisania poprzedniego posta pchnęła mnie refleksja po śmierci Lemmy'ego i Bowiego – pisałam trochę o nich samych, trochę wspominałam moje nastoletnie czasy, gdy byłam kwasi-brudasem (nie mylić z quasi, to było kwasi, czyli kwaśne dosyć), a trochę zastanawiałam się, dlaczego muzyce rockowej można napisać już epitafium. Dzisiaj też trochę zabawię się w Aspirującą Dziennikarkę Muzyczną, ale o ile ostatnio unosiła się nad tekstem sentymentalna mgiełka, to teraz... no nie wiem, przypomina to trochę rzut kamieniem między oczy.

Pierwej – mała dygresja, ale taka, co to stanie punktem wyjścia. Na pewno spotkaliście się z syndromem martwej gwiazdy, i nie mam na myśli malowniczego wybuchu supernowej; myślę o tym pierdolcu neuronów, jaki zazwyczaj powstaje po śmierci kogoś znanego i przemożnym imperatywie obcowania z twórczością umarlaka – przynajmniej przez parę dni, zanim wrócimy do stanu pierwotnego, gdzie dany umarlak za życia nic a nic nas nie interesował. 
Z jednej strony wydaje się to naturalne, bo gdy ktoś odchodzi, pragniemy oddać komuś hołd, choćby malutki, choćbyśmy słabo tego kogoś znali; przez chwilę robi się jakby ciszej, przez chwile wzrok sięga dalej, bo każda śmierć to wyrwa w rzeczywistości. Jednakże – poczucie majestatu śmierci ma krótki żywot, bo ostatecznie robi się z tego dobry zgon jak każdy inny, którym pożywią się tabloidy i oficjalne fanpejdże śmierci nabijające oficjalne rekordy lajków. (Przykład: parę dni temu muzycy z Viola Beach, dość świeżego zespołu indierockowowego, mieli wypadek samochodowy – i żaden z nich nie przeżył. W parę godzin na ich fanpejdżu przybyło kilka tysięcy lajków.) Czasem jeszcze Tró Fani oburzają się, że oni delikwenta znają od pierwszego demo nagranego w piwnicy dziadka, a populus garnie się do ich ukochanego artysty tylko przez sensację wywołaną jego odejściem; ale czasami to zwykła przyzwoitość każe zamknąć japę i przeglądarkę. W końcu to nie my, wielbiciele i hejterzy, mamy tu najciężej, tylko ci, dla których nasz nieżyjący już bohater był członkiem rodziny i przyjacielem.

No dobra, tytułem wstępu przynudzam, bo i mnie dopadł mnie syndrom martwej gwiazdy. Do tej pory żyłam chyba pod kamieniem, bo nie zdawałam sobie sprawy, jaki David Bowie jest fantastyczny. To musiał być naprawdę ciężki kamień, bo jak wspominałam, miałam koleżankę, która była jego fanką, dla tej koleżanki zdarzyło mi się parę razy rysować Króla Goblinów, kiedyś napisałam też opko, gdzie wybiegający z budki telefonicznej Ziggy odegrał całkiem istotną rolę, wsadziłam go też do komiksu o Hot Space, czyli o płycie, której wszyscy nienawidzą, no i jakby nie było, totalnie lubiłam jego niektóre kawałki i baunsowałam do Next Day. Jego postać była po prostu oczywista, i dopiero po jego śmierci zdałam sobie sprawę, że o tym oczywistym człowieku nic nie wiem.
No a teraz kompulsywnie zajeżdżam Let's DanceZiggy'ego StardustaLow i Heroes, zajeżdżam winyla z Dancing in the Street, zasadniczo przestałam liczyć, ile razy obejrzałam wykonanie Starmana z Top of the Pops, obejrzałam Człowieka, który spadł na ziemię i Labirynt, no i chyba czas przeczytać jakąś biografię. Syndrom przebiega gwałtownie, ale jestem dzielna jak mój brat, co to zaczął słuchać Misfitsów tylko dlatego, że kupił sobie z nimi koszulkę. Mam do tego wrażenie, że wszystkie te płyty są dziwnie znajome, jakbym wróciła do nich po latach. No i nie powiem, żeby syndrom przebiegał boleśnie, bo David w każdym wieku był pięknym, charyzmatycznym mężczyzną  – te kości policzkowe, słodki Jezu w morelach – i możemy się tylko cieszyć z możności podziwiania wspaniałego stworzenia bożego w Człowieku, który spadł na ziemię, a i obcisłe legginsy Króla Goblinów też jakoś tak wywołują uśmiech. Ale abstrahując od legginsów – jeśli coś sprawia, że się uśmiechasz, to dobrze. Nieważne, czy robisz to od lat, czy od miesiąca.

bowie bulge - Google Search:
Słynne legginsy, rycina poglądowa
Miałam ja sobie taką watę cukrową w głowie, gdy baunsowałam do Blue Jean, ale syndrom martwej gwiazdy to nie tylko te słodkie peany na czyjąś cześć i nabijanie lajków – to też wyciąganie brudów wprost z galaktyki Kurvix już kilka dni po śmierci: otóż w polskim internecie tego nie ma, ale w zagranicznym roi się od artykułów, postów i dyskusji, które w formie gently reminder informują, że Bowie to gwałciciel.

Poszukałam informacji na ten temat – głównie z powodu ponurej ciekawości, ale nie przeczę, że jakiś emocjonalny naddatek był tu obecny. I znalazłam więcej niż chciałam – i to jest początek opowieści właściwej.

Pamiętacie incydent z rekinem? Jego udziałem jest ta strona rock'n'rolla, która dla samych zainteresowanych jest na porządku dziennym, a dla zwykłych zjadaczy chleba jest raczej kwaśna. Groupies były, są i będą, nikt się temu specjalnie nie dziwi, a w latach siedemdziesiątych ich występowanie było równie naturalne, jak to, że gwiazdy rocka wtedy miały status bogów na ziemi. Do tego kultura erotyczna tamtych lat jest już dla nas praktycznie nie do wyobrażenia – wbrew pozorom, nasza epoka jest potwornie konserwatywna. W okresie między wynalezieniem pigułki antykoncepcyjnej a odkryciem AIDS nikt nie zajmował się dekupażem, nie wypiekał orkiszowych ciabat i nie uczył się układania serwetek na ślubny stół - ludzie wciągali kokainę po kiblach, a robienie loda swoim gościom było równie oczywiste jak podanie im ręki. Również nasz bohater w tamtym okresie sobie nie żałował, i to za wzajemnym przyzwoleniem pierwszej żony Angie - wedle plotek tworząc z Jaggerem malowniczy trójkąt. Promiskuityzm pod szyldem hipisowskiej wolnej miłości był na porządku dziennym i nikogo nie dziwiły dziewczyny, które dojmująco chciały przespać się z Robertem Plantem, Keithem Richardsem czy Iggym Popem; w pewnym sensie była to alchemiczna równa wymiana: ja ci daję seks, ty mi dajesz możliwość kolejnego podboju. I powiem szczerze, aż tak bardzo im się nie dziwię, gwiazdy rocka lat siedemdziesiątych były bardzo pociągające.


Pociągająca gwiazda rocka, rycina poglądowa. Roślina do tego zachował
swój młodzieńczy, rozbrajający urok, choć dobija już do siedemdziesiątki
Troszkę można się rozmarzyć, myśląc o latach siedemdziesiątych jako o dekadzie nieograniczonych możliwości, ale te nostalgiczne nastroje toczy całkiem poważne raczysko.

Podówczas w Kalifornii szczególnie popularne były baby groupies – dziewczyny, które rozbijały się po nocnych klubach Los Angeles w poszukiwaniu wrażeń, i które naprawdę były baby: najczęściej miały po 13-16 lat, czasem nawet 12. Ich niekwestionowaną królową była Sable Starr: dziewczyna miała stracić dziewictwo z gitarzystą Spirit, gdy miała dwanaście lat, a w wieku lat trzynastu prowadzać się z Iggym Popem; jej jedenastoletnia siostra również wówczas się z nim prowadzać. Dobrze przeczytaliście, jedenastoletnia.

Znalezione obrazy dla zapytania sable starr iggy pop
Sable Starr i Iggy Pop, rycina poglądowa. Do tej pory znałam
to zdjęcie z doklejoną głową Bowiego w miejsce głowy Sable

Te nimfetki, ostro wymalowane, wyzywająco poubierane, miały być szczególną atrakcją muzycznej sceny Los Angeles i im poświęcony był w dużej mierze magazyn Star. Na jego łamach Sable chwaliła się, że zaliczyła między innymi Popa, Jaggera, Roberta Planta, Roda Stewarta, Alice’a Coopera – i Bowiego. Cóż, każdy, niezależnie od płci, chciałby uprawiać seks z Jaggerem, a w bycie groupie wpisany jest topos mitomaństwa – jasne, ale fantazje o Stonesach sobie, a rzeczywistość sobie. Ta żulerska gazetka chciała być bardzo groovy i literalnie zachęcała dziewczyny do tego, aby przestały być „nieśmiałe i zarumienione”, a stały się „odważnymi, nowymi kobietami w odważnym, nowym świecie” i zawierała ryczące nagłówki o między innymi o treści „Będziesz seksualną niewolnicą!” Na szczęście jej żywot był bardzo krótki, ale baby groupies dalej miały się świetnie i okupowały hollywoodzkie Sunset Strip.

Żulerska gazetka, rycina poglądowa
Jednak naszą właściwą bohaterką jest przyjaciółka Sable, Lori. Ta miała spotkać Bowiego w jednym z klubów Sunset Strip, który to Bołi od razu miał ochotę zabrać ją do hotelu. Odmówiła, gdyż nie była gotowa na jego majestat, no i była wciąż dziewicą (ostatnią w szkole), jak często podkreśla w wywiadach. Jednak parę miesięcy później, gdy Bołi wrócił do miasta, stwierdziła, że olać dziewictwo, olać pracę domową, i skończyło się na tym, że wylądowała w hotelu z nim i jego japońskim kimonem – i tam z najwyższą czułością David miał ją rozdziewiczyć. A działo się to w roku 1973 – Bowie miał wtedy dwadzieścia sześć lat, Lori niespełna piętnaście. „Kto nie chciałby stracić dziewictwa z Davidem Bowie?” dodaje w wywiadzie, szczęśliwa jak mało kto. Ale… nie widziałaś w tym nic złego?, pytają jej rozmówcy. Nie, to było cudowne doświadczenie; czuła się wtedy dorosła, no i pracowała już jako modelka. Poza tym, to były zupełnie inne czasy.

Zaraz, zaraz, ja kojarzę to nazwisko, kojarzę tę twarz. O szlag, jęknęłam ponownie, choć bardziej cenzuralnie. To jest ta czternastoletnia kochanka Jimmy'ego Page'a, którą miał porwać do hotelu i pod kluczem uprawiać z nią seks, gdy ta miała 14 lat. Ta sama, o której czytałam w Młocie Bogów. Ta sama, która z rozanieleniem opisywała biegłość Pejdża w posługiwaniu się pejczem w łóżku. I która teraz twierdzi, że swój kwiatuszek oddała Bowiemu, a niedługo potem Dżimi osobiście zadzwonił do niej do domu, w parę tygodni później zaczęła imprezować z Zeppelinami, a potem zakochała się w naszym bohaterze gitarowym, gdy menager Peter Grant wywiózł ją do jego pokoju hotelowego. Ach, jak ten Dżimi ją kochał, zanim porzucił ją dla pełnoletniej Bebe Buell.
(Potem Bebe porzuciła go dla Stevena Tylera. Generalnie Liv Tyler nie wzięła się znikąd.)

Jimmy Page i Lori Mattix, rycina poglądowa

Bebe Buell and Iggy Pop:
Pełnoletnia Bebe Buell, ale z Iggym Popem
Pęd ku wiedzy tak mnie uniósł, że spędziłam trochę czasu na weryfikacji tych faktów – i niby sporo się zgadza, akurat Bołi był wtedy w trasie po USA, i gdyby nie błędy w datach na zdjęciach w Getty Images, które przedstawiają Lori i Sable imprezujące z Zeppelinami, to w zasadzie byłaby ta marzycielska historia prawie wiarygodna. Prawie, bo sama zainteresowana parę razy ją zmieniała – chociażby nazwisko delikwenta, który miał ją pozbawić kwiatuszka; w jednym wywiadzie twierdz, że był to Page, bowiem zadzwonił do niej i kazał jej przyjechać (pono widział jej zdjęcia i chciał skosztować tego niedojrzałego owocu). (Cool story, sis.) Historyjka o porwaniu została sprzedana światu przez Richarda Cole’a, tour managera Zepów, który miał ambicję obsmarować ich jak tylko się da. Ale choć Page wyrzucił Młota bogów przez okno do rzeki, nie dowodzi to przecież, że to nieprawda.

To ten człowiek dał światu wspaniałe opowieści o pieprzeniu dziewczyny rekinem,
batożeniu groupies, porywaniu małoletnich do hotelu, przebieraniu się w damskie łachy
i straszeniu Steviego Wondera, zachęcaniu psa do odbycia stosunku z panienką oraz
o grupowym seksie w wannie pełniej fasoli z puszki. Richard Cole i Roślina, rycina poglądowa
Brzmi to wszystko jak rozpasana fantazja, ale jakiś swąd pozostaje. Pewnie, To Były Inne Czasy, a w tym środowisku dobieranie sobie nieletnich „partnerek” było na porządku dziennym: Elvis i 14-letnia Priscilla, Jerry Lee Lewis i jego 13-letnia kuzynka Myra Gale Brown (a gdy miał 14 lat, poślubił siedemnastolatkę), Steven Tyler i 14-letnia groupie Julia Holcomb, Plant i niejaka Audrey Hamilton, która wyglądała bardziej jak jego dziecko, a nie kochanka, Ted Nugend i 12-letnia Courtney Love, Sonny i Cher, którzy się poznali, gdy ta miała 16 lat. Sami też wcześnie zaczynali – na przykład Anthony Kiedis i Slash inicjację seksualną przeżyli w wieku 12 lat. Slash przespał się z koleżanką z bloku i potem się jeszcze do niej wprowadził, a Kiedisa rozparówczyła osiemnastoletnia prostytutka, którą, jak dobrze pamiętam, załatwił mu tatuś.

Slash robił w swoim życiu rzeczy prawie tak samo dziwne jak Ozzy; na
przykład nagi i zakrwawiony biegł przez całe pole golfowe, bo w hotelu
tak się naćpał, że wydawało mu się, że gonią go małe czarne stworki.
Potem schował się w schowku na miotły, skąd policja wyciągała go siłą
Ale powszechność zjawiska nie oznacza, że można uznać to za coś dobrego i akceptowalnego. Bo to kiepski motyw, gdy małoletnia dziewczyna, tak naprawdę jeszcze dziecko, uprawia seks ze starszym facetem, gdzie wokół leje się alkohol, krążą dragi i nawet jeśli ktoś przytomnie zauważy, że trzynastolatka nie powinna siedzieć w klubie nocnym ubrana w lateks, to nie zadzwoni na policję, bo jest zbyt spizgany. Nie udawajmy też, że nastolatki w ogóle nie uprawiają seksu. Jednak istnieje coś takiego, jak wiek zgody – minimalny wiek, w którym zgoda na seks uznana jest za w pełni świadomą i ważną prawnie. U nas to 15 lat, ale w USA zależy to od prawa stanowego – w Kalifornii to 18 lat. Zatem, jeśli to wszystko prawda, ktoś tu popełnił przestępstwo. W świetle tamtejszego prawa – gwałt.

I całkiem istotne, archetypiczne pytanie ciśnie się na usta – gdzie byli rodzice? Otóż wedle opowieści, Jimmy’ego miało ruszyć sumienie (a jednak różowe lata siedemdziesiąte nie oczadziały wszystkich kompletnie) i rozmówił się z matką Lori. Mamusia się zgodziła na ich związek, bo była zachwycona konceptem, że jej córka będzie z bogatym, wpływowym muzykiem, zupełnie jak Priscilla Presley. A wnioskując po tym, ile małoletnich groupies gnieździło się w klubach i że nikt nie robił z tego jakiejś tajemnicy, to odpowiedź brzmi – rodzice mieli bardziej niż wyjebane. Dlatego wydaje mi się, że wszyscy w jakimś sensie padli ofiarą Tamtych Czasów; nawet jeśli oficjalnie zakazane było (i jest) obcowanie płciowe z nieletnimi, ciche przyzwolenie społeczne zrobiło swoje. I nie wszystkie dziewczyny tak jak Lori wyszły z tego trybu życia bez szwanku na ciele i duszy… o ile oczywiście Lori nie kryje Pejdża, opisując to porwanie jako „totalnie romantyczne”.

Gdzie byli rodzice, rycina poglądowa. Od lewej Sable, Robert Plant, jakieś randomy,
John Bonham i Lori
Ale wiecie, co mnie naprawdę wkurwia i dlaczego w ogóle zachciało mi się o tym pisać? Reakcje ludzi na tę rewelację. Jedni w ogóle wzruszają ramionami, dlaczego mamy się przejmować, że czterdzieści lat temu ktoś wydymał chętną ku temu nastolatkę; jeden komć ogłosił prawdę objawioną, że u niego w szkole to było normalne, że piętnastolatki sypiają z dwudziestolatkami, po przecież dziewczyny wolą starszych facetów. A problem wcale nie zniknął, gdy skończyły się różowe lata siedemdziesiąte – Bill Wyman, mając prawie pięćdziesiątkę, w latach osiemdziesiątych spotykał się z trzynastoletnią Mandy Smith, po raz pierwszy przespał się z nią, gdy miała 14 lat i ukrywał ich związek do chwili, gdy skończyła 18 lat i gdy ją poślubił – w 1989 roku. Niezbyt się z tym ukrywał, a policja podobno przyjęła postawę „I’m totally okay with dis”. Nie no, luzik.

Luzik, rycina poglądowa
Bywają też głosy, które wyzywają te dziewczyny od szmat. Pamela des Barres, czyli słynna groupie Miss Pamela, ma na to jedną odpowiedź: „Tak bardzo mi przykro, że ty nie spałaś z Mickiem Jaggerem, a ja tak”. Także zabrała głos w sprawie Lori, pisząc, że groupies doskonale wiedziały, czego chcą, a Bowie nie powinien być wobec tego szkalowany; drażnią ją te feministyczne głosy wmawiające jej, że zachowywała się jak wór na spermę. Pytanie tylko, czy piętnastolatki (i młodsze dziewczyny) rzeczywiście wiedzą, czego chcą, zwłaszcza w sferze seksu. Do tego Pamela, w przeciwieństwie do Lori, jasno podkreśla, że wie, że w świetle prawa to, co robiła ona i inne małoletnie groupies, nazywane jest gwałtem.

Pamelcia z Robsonem - kiedyś i najwyraźniej całkiem niedawno
Przeczytałabym, ale boję się okładki
Trudno mi się do tego wszystkiego jednoznacznie odnieść. Czuję na swoim karku śmierdzący oddech Bożka Relatywizmu Moralnego i przypomina mi się radosny artykuł Magdaleny Środy, która w kontekście Polańskiego kategoryzuje sobie pedofilię na „lżejszą” i „cięższą”, a choć jako osoba „szanująca prawo” jest za ekstradycją, to jako osoba prywatna uważa, że trzeba facetowi dać spokój, bo kaman, robi fajne filmy. I twierdzi to osoba uważająca się za etyka i feministkę. 
Niezależnie od tego, Polański kojarzy się statystycznemu Polakowi z dobrymi filmami i gwałtem na trzynastolatce, a kolesie, którzy w tym samym okresie napychali dziewczyny zdechłymi rybami, kojarzą się tylko z dobrą muzyką. Ale widać trzeba umrzeć, by takie opowieści wybiły na światło dzienne. Widocznie to, czy małoletnia dziewczyna chce albo nie chce, stanowi wielką różnicę; argument równi pochyłej w tym miejscu sam ześlizguje się ku temu, że no przecież od wieków mężczyźni pojmowali za żony 12-, 13-latki, które w poprzednich wiekach, w odróżnieniu od współczesnych nastolatek, były już dojrzałe płciowo. Argumenty sięgające czasów, gdy ludzie żywo zastanawiali się, ile diabłów zmieści się na główce od szpilki, to znakomite argumenty.


W ostatecznym rozrachunku siedzę na kamyczku przemyśleń i niezbyt wiem, co z tą świeżo zdobytą, niesamowitą wiedzą zrobić. Muzyka tak zwana rozrywkowa jest moim hobby odkąd skończyłam cztery lata i gdzie zamiast bajek oglądałam teledyski Red Hot Chili Peppers, Jacksona i Queen. Wielu z tych muzyków to moje pierwsze nastoletnie miłości
, a dziś jedną z moich ulubionych rozrywek jest chodzenie do sklepów płytowych i śpiewanie piosenek z płyty, którą akurat mam w ręce. Może nie jest to kaliber Lance'a Armstronga, który z bohatera ogółu przeistoczył się raptownie w smętnego oszusta; ale o ile bieganie nago po polu golfowym, wjeżdżanie limuzyną do basenu i rzyganie do garnka z weselnym gulasze w wydaniu słynnych rokmenów jest nawet zabawne, to uwodzenie trzynastolatek już nie. Kiepsko po prostu dowiadywać się takich rzeczy o ludziach, których może nigdy się nie spotkało, ale których się zwyczajnie lubi i którzy potrafią być wielką inspiracją.

Sad Bowie is sad.
Smutny Bołi na koniec

Tak zwana szumnie bibliografia: