czwartek, 18 lutego 2016

Kup pan zwierzaka

 

Polecam dział Zwierzęta na Allegro - możecie na przykład kupić tam stado kuców za 87 tysięcy, zakocone samiczki alpak, ciułałę za 5 tysi, psa za złotówkę, zapowiedź miotu mastifa (tak) i skunksa. Ogłoszenia w tym kumiksie naturalnie nie są literalnym zrzynem i są Dziełem Inspirowanym, ale ogólnie that's the spirit.

Abstrahując od zwierząt, opowiem Wam dzisiaj bajkę. Dziwną, wkurwioną trochę bajkę, z której zrobiło mi się coś na kształt artykułu, także ostrzegam, tl;dr.
(P.S. Nie umiem zrobić tu sensownych przypisów dolnych.)


Do napisania poprzedniego posta pchnęła mnie refleksja po śmierci Lemmy'ego i Bowiego – pisałam trochę o nich samych, trochę wspominałam moje nastoletnie czasy, gdy byłam kwasi-brudasem (nie mylić z quasi, to było kwasi, czyli kwaśne dosyć), a trochę zastanawiałam się, dlaczego muzyce rockowej można napisać już epitafium. Dzisiaj też trochę zabawię się w Aspirującą Dziennikarkę Muzyczną, ale o ile ostatnio unosiła się nad tekstem sentymentalna mgiełka, to teraz... no nie wiem, przypomina to trochę rzut kamieniem między oczy.

Pierwej – mała dygresja, ale taka, co to stanie punktem wyjścia. Na pewno spotkaliście się z syndromem martwej gwiazdy, i nie mam na myśli malowniczego wybuchu supernowej; myślę o tym pierdolcu neuronów, jaki zazwyczaj powstaje po śmierci kogoś znanego i przemożnym imperatywie obcowania z twórczością umarlaka – przynajmniej przez parę dni, zanim wrócimy do stanu pierwotnego, gdzie dany umarlak za życia nic a nic nas nie interesował. 
Z jednej strony wydaje się to naturalne, bo gdy ktoś odchodzi, pragniemy oddać komuś hołd, choćby malutki, choćbyśmy słabo tego kogoś znali; przez chwilę robi się jakby ciszej, przez chwile wzrok sięga dalej, bo każda śmierć to wyrwa w rzeczywistości. Jednakże – poczucie majestatu śmierci ma krótki żywot, bo ostatecznie robi się z tego dobry zgon jak każdy inny, którym pożywią się tabloidy i oficjalne fanpejdże śmierci nabijające oficjalne rekordy lajków. (Przykład: parę dni temu muzycy z Viola Beach, dość świeżego zespołu indierockowowego, mieli wypadek samochodowy – i żaden z nich nie przeżył. W parę godzin na ich fanpejdżu przybyło kilka tysięcy lajków.) Czasem jeszcze Tró Fani oburzają się, że oni delikwenta znają od pierwszego demo nagranego w piwnicy dziadka, a populus garnie się do ich ukochanego artysty tylko przez sensację wywołaną jego odejściem; ale czasami to zwykła przyzwoitość każe zamknąć japę i przeglądarkę. W końcu to nie my, wielbiciele i hejterzy, mamy tu najciężej, tylko ci, dla których nasz nieżyjący już bohater był członkiem rodziny i przyjacielem.

No dobra, tytułem wstępu przynudzam, bo i mnie dopadł mnie syndrom martwej gwiazdy. Do tej pory żyłam chyba pod kamieniem, bo nie zdawałam sobie sprawy, jaki David Bowie jest  fantastyczny. To musiał być naprawdę ciężki kamień, bo jak wspominałam, miałam koleżankę, która była jego fanką, dla tej koleżanki zdarzyło mi się parę razy rysować Króla Goblinów, kiedyś napisałam też opko, gdzie wybiegający z budki telefonicznej Ziggy odegrał całkiem istotną rolę[1], wsadziłam go też do komiksu o Hot Space, czyli o płycie, której wszyscy nienawidzą, no i jakby nie było, totalnie lubiłam jego niektóre kawałki i baunsowałam do Next Day. Jego postać była po prostu oczywista, i dopiero po jego śmierci zdałam sobie sprawę, że o tym oczywistym człowieku nic nie wiem.
No a teraz kompulsywnie zajeżdżam Let's DanceZiggy'ego StardustaLow i Heroes, zajeżdżam winyla z Dancing in the Street[2], zasadniczo przestałam liczyć, ile razy obejrzałam wykonanie Starmana z Top of the Pops, obejrzałam Człowieka, który spadł na ziemię i Labirynt, no i chyba czas przeczytać jakąś biografię. Syndrom przebiega gwałtownie, ale jestem dzielna jak mój brat, co to zaczął słuchać Misfitsów tylko dlatego, że kupił sobie z nimi koszulkę. Mam do tego wrażenie, że wszystkie te płyty są dziwnie znajome, jakbym wróciła do nich po latach. No i nie powiem, żeby syndrom przebiegał boleśnie, bo David w każdym wieku był pięknym, charyzmatycznym mężczyzną  – te kości policzkowe, słodki Jezu w morelach – i możemy się tylko cieszyć z możności podziwiania wspaniałego stworzenia bożego w Człowieku, który spadł na ziemię, a i obcisłe legginsy Króla Goblinów też jakoś tak wywołują uśmiech. Ale abstrahując od legginsów – jeśli coś sprawia, że się uśmiechasz, to dobrze. Nieważne, czy robisz to od lat, czy od miesiąca.

bowie bulge - Google Search:
Słynne legginsy, rycina poglądowa
Miałam ja sobie taką watę cukrową w głowie, gdy baunsowałam do Blue Jean, ale syndrom martwej gwiazdy to nie tylko te słodkie peany na czyjąś cześć i nabijanie lajków – to też wyciąganie brudów wprost z galaktyki Kurvix już kilka dni po śmierci: otóż w polskim internecie tego nie ma, ale w zagranicznym roi się od artykułów, postów i dyskusji, które w formie gently reminder informują, że Bowie to gwałciciel.

Jak już gromko rzygnęłam, poszukałam informacji na ten temat – trochę z ponurej ciekawości, trochę w imię spokoju duszy, bo nie do pomyślenia jest dla mnie fascynacja kimś, kto czegoś takiego się dopuścił. I znalazłam więcej niż chciałam – i to jest początek opowieści właściwej.

Pamiętacie incydent z rekinem? Jego udziałem jest ta strona rock'n'rolla, która dla samych zainteresowanych jest na porządku dziennym, a dla zwykłych zjadaczy chleba jest raczej kwaśna. Groupies były, są i będą, nikt się temu specjalnie nie dziwi, a w latach siedemdziesiątych ich występowanie było równie naturalne, jak to, że gwiazdy rocka wtedy miały status bogów na ziemi. Do tego kultura erotyczna tamtych lat jest już dla nas praktycznie nie do wyobrażenia – wbrew pozorom, nasza epoka jest potwornie konserwatywna. W okresie między wynalezieniem pigułki antykoncepcyjnej a odkryciem AIDS nikt nie zajmował się dekupażem, nie wypiekał orkiszowych ciabat i nie uczył się układania serwetek na ślubny stół; wszyscy równo wciągali kokainę po kiblach, a robienie loda swoim gościom było równie oczywiste jak podanie im ręki. Również nasz bohater w tamtym okresie sobie nie żałował, i to za wzajemnym przyzwoleniem pierwszej żony Angie, wedle plotek tworząc z Jaggerem malowniczy trójkąt. Promiskuityzm pod szyldem hipisowskiej wolnej miłości był na porządku dziennym i nikogo nie dziwiły dziewczyny, które dojmująco chciały przespać się z Robertem Plantem, Keithem Richardsem czy Iggym Popem; w pewnym sensie była to alchemiczna równa wymiana: ja ci daję seks, ty mi dajesz możliwość kolejnego podboju. Prawdę mówiąc, gdybym miała możliwość, też bym sobie nie żałowała i szarpałabym Planta jak Reksio szynkę[3]. Troszkę można się rozmarzyć, myśląc o latach siedemdziesiątych jako o dekadzie nieograniczonych możliwości, ale te nostalgiczne nastroje toczy całkiem poważne raczysko.

Podówczas w Kalifornii szczególnie popularne były baby groupies – dziewczyny, które rozbijały się po nocnych klubach Los Angeles w poszukiwaniu wrażeń, i które naprawdę były baby: najczęściej miały po 13-16 lat, czasem nawet 12. Ich niekwestionowaną królową była Sable Starr: dziewczyna miała stracić dziewictwo z gitarzystą Spirit, gdy miała dwanaście lat, a w wieku lat trzynastu prowadzać się z Iggym Popem; jej jedenastoletnia siostra również wówczas się z nim prowadzać. Dobrze przeczytaliście, jedenastoletnia.

Baby Groupies
Sable Starr i Iggy Pop, rycina poglądowa. Do tej pory znałam
to zdjęcie z doklejoną głową Bowiego w miejsce głowy Sable
Te nimfetki, ostro wymalowane, wyzywająco poubierane, miały być szczególną atrakcją muzycznej sceny Los Angeles i im poświęcony był w dużej mierze magazyn Star. Na jego łamach Sable chwaliła się, że zaliczyła między innymi Popa, Jaggera, Roberta Planta, Roda Stewarta, Alice’a Coopera – i Bowiego. Cóż, każdy, niezależnie od płci, chciałby uprawiać seks z Jaggerem, a w bycie groupie wpisany jest topos mitomaństwa (Starr już nie żyje, nie dowiemy się, czy to prawda) – jasne, ale fantazje o Stonesach sobie, a rzeczywistość sobie. Ta żulerska gazetka chciała być bardzo groovy i literalnie zachęcała dziewczyny do tego, aby przestały być „nieśmiałe i zarumienione”, a stały się „odważnymi, nowymi kobietami w odważnym, nowym świecie” i zawierała ryczące nagłówki o między innymi o treści „Będziesz seksualną niewolnicą!” Na szczęście jej żywot był bardzo krótki, ale baby groupies dalej miały się świetnie i okupowały hollywoodzkie Sunset Strip.

Ja pierdolę, rycina poglądowa
Jednak naszą właściwą bohaterką jest przyjaciółka Sable, Lori. Ta miała spotkać Bowiego w jednym z klubów Sunset Strip, który to Bołi od razu miał ochotę zabrać ją do hotelu. Odmówiła, gdyż nie była gotowa na jego majestat, no i była wciąż dziewicą (ostatnią w szkole), jak często podkreśla w wywiadach. Jednak parę miesięcy później, gdy Bołi wrócił do miasta, stwierdziła, że olać dziewictwo, olać pracę domową, i skończyło się na tym, że wylądowała w hotelu z nim i jego japońskim kimonem – i tam z najwyższą czułością David miał ją rozdziewiczyć. A działo się to w roku 1973 – Bowie miał wtedy dwadzieścia sześć lat, Lori… niespełna piętnaście. „Kto nie chciałby stracić dziewictwa z Davidem Bowie?” dodaje w wywiadzie, szczęśliwa jak mało kto. Ale… nie widziałaś w tym nic złego?, pytają jej rozmówcy. Nie, to było cudowne doświadczenie; czuła się wtedy dorosła, no i pracowała już jako modelka. Poza tym, to były zupełnie inne czasy.
Ja pierdolę, jęknęłam. Jeśli dziewictwo to wianek, to jakbym miała jakieś swoje, rzuciłabym je Bowiemu jak pieprzone frisbee – ale nie wieku piętnastu lat!

Zaraz, zaraz, ja kojarzę to nazwisko, kojarzę tę twarz. O szlag, jęknęłam ponownie, choć bardziej cenzuralnie. To jest ta czternastoletnia kochanka Jimmy'ego Page'a, którą miał porwać do hotelu i pod kluczem uprawiać z nią seks, gdy ta miała 14 lat. Ta sama, o której czytałam w Młocie Bogów[4]. Ta sama, która z rozanieleniem opisywała biegłość Pejdża w posługiwaniu się pejczem w łóżku. I która teraz twierdzi, że swój kwiatuszek oddała Bowiemu, a niedługo potem Dżimi osobiście zadzwonił do niej do domu, w parę tygodni później zaczęła imprezować z Zeppelinami, a potem zakochała się w naszym bohaterze gitarowym, gdy menager Peter Grant wywiózł ją do jego pokoju hotelowego. (Ach, jak ten Dżimi ją kochał, zanim porzucił ją dla pełnoletniej Bebe Buell[5].)

Bebe Buell and Iggy Pop:
Pełnoletnia Bebe Buell, ale z Iggym Popem
Pęd ku wiedzy tak mnie uniósł, że spędziłam sporo czasu na weryfikacji tych faktów (bardzo dokładnej, ktoś tu w końcu jest historykiem bez dyplomu)  – i niby sporo się zgadza, akurat Bołi był wtedy w trasie po USA, i gdyby nie błędy w datach na zdjęciach w Getty Images, które przedstawiają Lori i Sable imprezujące z Zeppelinami, to w zasadzie byłaby ta marzycielska historia prawie wiarygodna. Prawie, bo sama zainteresowana parę razy ją zmieniała – pierwotnie to Jimmy miał ją pozbawić kwiatuszka, i opowiadając o nim w wywiadzie, jak to zadzwonił do niej i kazał jej przyjechać (pono widział jej zdjęcia i chciał skosztować tego niedojrzałego owocu), coś podejrzanie brzmi fraza „I was still a vir… I mean, I was a baby, c’mon”. W innym wywiadzie opowiada to samo o Bołim, jak to zadzwonił do niej i chciał ją rozparówczyć. (Cool story, sis.) W jednej wersji Page’a spotkała już w 1972 roku, gdy miała te 14 lat (nie wydzwaniał do niej, a wyhaczył w klubie). A historyjka o porwaniu została sprzedana światu przez Richarda Cole’a, tour managera Zepów, który miał ambicję obsmarować ich jak tylko się da. Ale choć Page wyrzucił Młota bogów przez okno do rzeki, nie dowodzi to przecież, że to nieprawda.

Baby Groupies
Jimmy Page i Lori Mattix, rycina poglądowa
To ten człowiek dał światu wspaniałe opowieści o pieprzeniu dziewczyny rekinem,
batożeniu groupies, porywaniu małoletnich do hotelu, przebieraniu się w damskie łachy
i straszeniu Steviego Wondera, zachęcaniu psa do odbycia stosunku z panienką oraz
o grupowym seksie w wannie pełniej fasoli z puszki. Richard Cole i Roślina, rycina poglądowa
Szczerze mówiąc, niezbyt wiem, czy w to wierzyć czy nie – brzmi to jak rozpasana fantazja, ale jakiś swąd pozostaje. Wiem i rozmiem, że To Były Inne Czasy, i że w tym środowisku dobieranie sobie nieletnich „partnerek” było na porządku dziennym: Elvis i 14-letnia Priscilla, Jerry Lee Lewis i jego 13-letnia kuzynka Myra Gale Brown (a gdy miał 14 lat, poślubił siedemnastolatkę), Steven Tyler i 14-letnia groupie Julia Holcomb, Plant i niejaka Audrey Hamilton, która wyglądała bardziej jak jego dziecko, a nie kochanka, Ted Nugend i 12-letnia Courtney Love, Sonny i Cher, którzy się poznali, gdy ta miała 16 lat. Sami też wcześnie zaczynali – na przykład Anthony Kiedis i Slash inicjację seksualną przeżyli w wieku 12 lat[6].

Slash robił w swoim życiu rzeczy prawie tak samo dziwne jak Ozzy; na
przykład nagi i zakrwawiony biegł przez całe pole golfowe, bo w hotelu
tak się naćpał, że wydawało mu się, że gonią go małe czarne stworki.
Potem schował się w schowku na miotły, skąd policja wyciągała go siłą
Ale powszechność zjawiska nie oznacza, że można uznać to za coś dobrego i akceptowalnego. Bo moim zdaniem to kiepski motyw, gdy małoletnia dziewczyna, tak naprawdę jeszcze dziecko, uprawia seks ze starszym facetem, gdzie wokół leje się alkohol, krążą dragi i nawet jeśli ktoś przytomnie zauważy, że trzynastolatka nie powinna siedzieć w klubie nocnym ubrana w lateks, to nie zadzwoni na policję, bo jest zbyt spizgany. Pewnie, nie wszystkie piętnastolatki są takie jak ja, gdy miałam 15 lat – a byłam niunią z buzią w ciup – i nie udawajmy, że nie uprawiają seksu; ale taką sytuację, jaką opisuje ta kobieta, uważam to za obiektywnie złą, bo można wylądować w jednym pokoju nie z czułym i romantycznym rockmanem, a z chorym pojebem. Poza tym istnieje coś takiego, jak wiek zgody – minimalny wiek, w którym zgoda na seks uznana jest za w pełni świadomą i ważną prawnie. U nas to 15 lat, ale w USA zależy to od prawa stanowego – w Kalifornii to 18 lat. Zatem, jeśli to wszystko prawda, ktoś tu popełnił przestępstwo. W świetle tamtejszego prawa – gwałt.
I całkiem istotne, archetypiczne pytanie ciśnie się na usta – gdzie byli rodzice? Otóż wedle opowieści, Jimmy’ego miało ruszyć sumienie (a jednak różowe lata siedemdziesiąte nie oczadziały wszystkich kompletnie) i rozmówił się z matką Lori. Mamusia się zgodziła na ich związek, bo była zachwycona konceptem, że jej córka będzie z bogatym, wpływowym muzykiem, zupełnie jak Priscilla Presley. A wnioskując po tym, ile małoletnich groupies gnieździło się w klubach i że nikt nie robił z tego jakiejś tajemnicy, to odpowiedź brzmi – rodzice mieli bardziej niż wyjebane. Dlatego wydaje mi się, że wszyscy w jakimś sensie padli ofiarą Tamtych Czasów; nawet jeśli oficjalnie zakazane było (i jest) obcowanie płciowe z nieletnimi, ciche przyzwolenie społeczne zrobiło swoje. I nie wszystkie dziewczyny tak jak Lori wyszły z tego trybu życia bez szwanku na ciele i duszy… o ile oczywiście Lori nie kryje Pejdża, opisując to porwanie jako „totalnie romantyczne”.

Gdzie byli rodzice, rycina poglądowa. Od lewej Sable, Robert Plant, jakieś randomy,
John Bonham i Lori
Ale wiecie, co mnie naprawdę wkurwia i dlaczego w ogóle zachciało mi się o tym pisać? Reakcje ludzi na tę rewelację. Jedni w ogóle wzruszają ramionami, dlaczego mamy się przejmować, że czterdzieści lat temu ktoś wydymał chętną ku temu nastolatkę; zanim skonstatowałam, co prawda w duchu argumentu równi pochyłej, że ignorowanie problemu sprzed kilku dekad oznacza również ignorowanie problemu teraz, to jeden komć ogłosił prawdę objawioną, że u niego w szkole to było normalne, że piętnastolatki sypiają z dwudziestolatkami, po przecież dziewczyny wolą starszych facetów. I problem wcale nie zniknął, gdy skończyły się różowe lata siedemdziesiąte – Bill Wyman, mając prawie pięćdziesiątkę, w latach osiemdziesiątych spotykał się z trzynastoletnią Mandy Smith, po raz pierwszy przespał się z nią, gdy miała 14 lat i ukrywał ich związek do chwili, gdy skończyła 18 lat i gdy ją poślubił – w 1989 roku. Niezbyt się z tym ukrywał, a policja podobno przyjęła postawę „I’m totally okay with dis”. Nie no, luzik.

Luzik, rycina poglądowa
Z drugiej jednak strony brzydzi mnie masowy hejt na Bowiego rozpoczęty zaledwie kilka dni po jego śmierci – gdzie w dodatku ta historia nie jest nowa. Nie ma to nic wspólnego z moimi sympatiami, brzydzi mnie po prostu wylewanie pomyj na kogoś, kto nie może się już obronić, w dodatku na podstawie opowiastki krążącej po Internecie - gdzie jak widać mało kto pofatygował się, by sprawdzić, gdzie leży jej źródło. Nienawidzę bagatelizowania gwałtu,  dowcipkowania z niego, zrzucania winy na ofiarę i niedowierzania tej ofierze, ale wydaje mi się, że to, co się aktualnie odwala, jest trochę przesadzone. Choć gdy tak twierdzę, przypomina mi się radosny artykuł Magdaleny Środy, która w kontekście Polańskiego kategoryzuje sobie pedofilię na „lżejszą” i „cięższą”, a choć jako osoba „szanująca prawo” jest za ekstradycją, to jako osoba prywatna uważa, że trzeba facetowi dać spokój, bo kaman, robi fajne filmy. (Twierdzi to osoba uważająca się za etyka i feministkę.) I wtedy czuję w głowie robaka należącego do bożka Relatywizmu Moralnego. Niektórzy się tym robakiem w ogóle nie przejmują i tylko pomstują na zue femynystky, które przecież wmawiają Lori, że jest nieświadomą ofiarą gwałtu. Bo przecież jak się nie uważa czegoś za gwałt, to nie jest to gwałt.
Pamela des Barres, czyli słynna groupie Miss Pamela, także zabrała głos w tej sprawie pisząc, że groupies doskonale wiedziały, czego chcą, a Bowie nie powinien być wobec tego szkalowany; drażnią ją te feministyczne głosy wmawiające jej, że zachowywała się jak wór na spermę. Pytanie tylko, czy piętnastolatki (i młodsze dziewczyny) rzeczywiście wiedzą, czego chcą, zwłaszcza w sferze seksu. Do tego Pamela, w przeciwieństwie do Lori, jasno podkreśla, że wie, że w świetle prawa to, co robiła ona i inne małoletnie groupies, nazywane jest gwałtem.

Pamelcia z Robsonem - kiedyś i najwyraźniej całkiem niedawno
Chętnie bym przeczytała, ale boję się okładki
Rozumiem w pełni tę gniewną reakcję, bo nazbyt często zdarza się, że wpływowa osoba wykorzystuje swoją pozycję i dzięki tej pozycji udaje jej się wyślizgać z odpowiedzialności. Ale skoro tak – dlaczego, zamiast oskarżać umarlaka, nie oskarżyć ludzi żyjących? Page, Wyman i wielu innych żyją i mają się dobrze, co więc stoi na przeszkodzie? No chyba to, co te czterdzieści lat temu: oj weźcie, ci kolesie robią fajną muzykę, dajcie im spokój, to wydarzyło się iks lat temu. I paradoksalnie to, że żyją i mogą odpowiedzieć na te zarzuty. Tymczasem to iks lat temu nie przeszkadza w tym, że Polański kojarzy się statystycznemu Polakowi i z dobrymi filmami, i z gwałtem na trzynastolatce, ale wydaje mi się, że problem tkwi też w statusie opowieści Lori – która funkcjonuje jako mutująca wraz z upływem czasu plotka. Jeśli casus Bowiego i Page’a nie miał miejsca, to dosyć obleśnym jest rozpowszechnianie takich rewelacji, bo nawet jeśli ona nie uznaje to za nic złego, to i tak jest to zarzut. A jeśli miał miejsce – to dlaczego funkcjonuje jako plota, którą nie wszyscy wezmą na poważnie? A może to jest sedno problemu – nie wszyscy wezmą to na poważnie? Bo i skąd mamy wiedzieć, jakie są prawdziwe uczucia tej kobiety?

Równie zjełczałe jest wyzywanie tych dziewczyn od szmat. Miss Pamela ma na to jedną odpowiedź: „Tak bardzo mi przykro, że ty nie spałaś z Mickiem Jaggerem, a ja tak”. Szmatą jest dla mnie ktoś, kto siebie ogólnie nie szanuje, i częste uprawianie seksu i, Jezu Smaria, lubienie go, jakoś mało ma wspólnego ze szmaceniem się. Więcej z brakiem solidarności wobec kobiet, które w swoim obrębie zaskakująco często kategoryzują się wzajemnie na madonny i dziwki. Jeśli groupies podobało się to, co robią, to okej, może nie był to podziw dla zespołu w formie rysowania laurek i całowania wycinków z gazet, ale nawet jeden taki koleś mówił coś o rzucaniu kamieniem, także ten. Oczywiście, komplikuje się to, skoro tymi dziwkami mają być nastolatki, więc może warto zmiarkować.

W ostatecznym rozrachunku siedzę na kamyczku przemyśleń i niezbyt wiem, co z tą świeżo zdobytą, niesamowitą wiedzą zrobić. Muzyka tak zwana rozrywkowa jest moim hobby odkąd skończyłam cztery lata i zamiast bajek oglądałam teledyski Red Hot Chili Peppers, Jacksona i Queen, wielu z tych muzyków to moje pierwsze nastoletnie miłości[7]
, a dziś jedną z moich ulubionych rozrywek jest chodzenie do sklepów płytowych i śpiewanie piosenek z płyty, którą akurat mam w ręce. Może nie jest to kaliber Lance'a Armstronga, który z bohatera ogółu przeistoczył się raptownie w smętnego oszusta; ale o ile bieganie nago po polu golfowym, wjeżdżanie limuzyną do basenu i rzyganie do garnka z weselnym gulasze w wydaniu słynnych rokmenów jest nawet zabawne, to uwodzenie trzynastolatek już nie. Kiepsko po prostu dowiadywać się takich rzeczy o ludziach, których może nigdy się nie spotkało, ale których się zwyczajnie lubi i którzy potrafią być wielką inspiracją.

Sad Bowie is sad.
Smutny Bołi na koniec


[1] Jest to bardzo alternatywna historyjka, w której Freddie Mercury wymyśla Bohemian Rhapsody, a inspiracji dostarcza mu lot Boeingiem klasy Ź, wypicie herbaty z marihuany, hipisowski anioł, rzucanie telewizorami i finał w postaci wielkiej imprezy rockersów oraz Micka Jaggera przylepionego do wiatraka pod sufitem. Jest to tak kretyńskie jak brzmi, ale przyznaję, ostatnio mało nie udusiłam się ze śmiechu, gdy to czytałam. 
[2] Generalnie zbieram winyle i ten znajduję jako szczególnie sympatyczny, bo jest oryginałem z 1985 i na okładce każą wpłacać pieniądze na Live Aid. Ale najzabawniejszy jest queenowy Jazz z 1978, bo w oryginalnym wydaniu jest plakat z 65 gołymi babami na rowerach.
[3] Może zrobię to po wynalezieniu wehikułu czasu, bo z całym szacunkiem, choć Roślina zachował swój młodzieńczy, rozbrajający urok, jednak powoli dobija siedemdziesiątki. 
[4] I skutecznie to wyparłam. Miałam siedemnaście lat i rysowałam wtedy zinfantylizowanego Planta na sterowcu, za bardzo zniszczyła mi ta książka psychikę, by część jej treści nie wyprzeć.
[5] Bebe potem porzuciła go dla Stevena Tylera. Generalnie Liv Tyler nie wzięła się znikąd.
[6] Slash przespał się z koleżanką z bloku i potem się jeszcze do niej wprowadził, a Kiedisa rozparówczyła osiemnastoletnia prostytutka, którą, jak dobrze pamiętam, załatwił mu tatuś.
[7] Co tam Daniel Radcliffe, FREDDIE MERCURY, BIJACZ. Muzyczna miłość życia i najbardziej męski z mężczyzn, nawet z wąsem i w obcisłych lateksowych śpiochach.


Tak zwana szumnie bibliografia:

plus pieprzony Młot Bogów (gdzieś go wsadziłam i nie mogę znaleźć, to sobie różne rzeczy przypominam)
mój brat (bo nie pamiętałam dokładnie, jak to było z tym polem golfowym)
a zdjęcia także z Pinterestów i innych Guglów