piątek, 15 stycznia 2016

Rock umarł, rock jest martwy, stary




Kiedy miałam te 16-17 lat i namiętnie słuchałam tych wszystkich rockowych dinozaurów, myślałam czasami, że za kilkanaście lat przyjdzie im umrzeć - i co wtedy? Mój oczadziały gotykiem mózg nie stronił od takich ponurych rozmyślań, ale fakt faktem, że moich bohaterów poznałam już starych (naturalnie tych, którzy przetrwali). Wówczas najczęściej przekraczali sześćdziesiątkę i wkraczali w fazę kowbojskiej elegancji, w materiałach filmowych prezentowali swoje wielkie kolekcje Les Pauli i na scenie ruszali się coraz sztywniej, no, ale się ruszali i wciąż nagrywali.

Tak, o tobie mówię. Faza kowbojskiej elegancji - rycina poglądowa
W ciągu dziesięciu lat zdążyłam rzucić glany do kąta i nasłuchać się wielu płyt ze szwedzką alternatywną elektroniką; marzenia o rock'n'rollowym życiu rozmyły się też dzięki umawianiu się z perkusistą, który potrafił nazbyt ostentacyjnie dać do zrozumienia, że próba jest ważniejsza niż kobieta (to nie jest przyjemne, kiedy nocą zostajecie sami na peronie gdzieś na warszawskiej Pradze, a instrumenty właśnie bezpiecznie jadą samochodem). Chociaż ciągota do tej całej otoczki trochę zdechła, to muzycznie rock nie przestał mnie kręcić - może to nawet lepiej, bo czasami lepiej nie wiedzieć, co twoi idole robili w hotelowych pokojach. Straciłam mentalne dziewictwo w chwili, gdy w Młocie bogów przeczytałam o tak zwanym incydencie z rekinem*.

*Jesteście pewni, że chcecie wiedzieć, o co chodzi? OK, i tak się dowiecie.

Ani Lemmy, ani David nie byli dla mnie tymi najulubieńszymi - ale jakoś byli obecni w moim życiu, zwłaszcza Bowie, który kiedyś był stałym tematem rozmów moich i znajomej, wielkiej fanki. Kto nie headbangował do Ace of Spades albo nie skonstatował w czasie oglądania teledysku do China Girl, że Bowie ma absurdalnie doskonały profil? Byli od zawsze, a przecież Lemmy miał przetrwać nawet apokalipsę, podobnie jak Ozzy i karaluchy.

little_china_girl11.png
Absurdalnie doskonały profil - rycina poglądowa. Jedynie Freddie Mercury może poszczycić się podobną doskonałością
Po śmierci Lemmy'ego zdałam sobie sprawę, że właśnie nadszedł ten czas, kiedy gwiazdy rocka zaczynają odchodzić. Potem nie mogłam uwierzyć, że umarł Bowie - a to, że do tego umarł Alan Rickman, to już gruba przesada. 
A może już odeszli?, zadałam sobie pytanie. Ilu z tych facetów w fazie kowbojskiej elegancji wciąż ma coś do przekazania, a ilu odcina kupony od tego, co zrobili kiedyś? Ilu z nich tworzy rzeczy, które w najlepszym razie można nazwać poprawnymi?
Mam gdzieś w swoich zbiorach piękny album ze zdjęciami starych, dobrych rockersów, z podziałem na poszczególne dekady. Pamiętam za pierwszym razem moje zdumienie, gdy autor do muzyki rockowej zaliczył synthpopowców z początku lat osiemdziesiątych - w garniturach, wymalowanych, nażelowanych, grających na syntezatorach. Tłumaczył ten dobór tym, że w swojej istocie synthpop jest takim samym odłamem rocka jak punk i również miał stanowić opozycję dla zbetoniałych, wożących się limuzynami dziadów. Jeśli tak na to spojrzeć, to coś w tym jest. Pierwotną istotą rocka nie jest brzmienie gitary, kolekcja Les Pauli, pieniądze i wjeżdżanie samochodem do basenu - ale niezgoda na otaczającą rzeczywistość. Większość najbardziej znanych rockmanów wywodzi się z powojennych, zapyziałych miasteczek robotniczych, gdzie jedyną rozrywką była kradzież wieszaków i nałogowy onanizm, a jedyną perspektywą praca w fabryce guzików. Robert Plant (ten z pierwszej ryciny) pochodzący z takiej dziury trudnił się kładzeniem asfaltu, ale usłyszał w radiu Elvisa, zapuścił włosy i wypiął się na rodziców, którzy pragnęli widzieć go jako księgowego. Romantycy też zwalczali klasyków, uważając ich za takich zwapniałych starców, ale potem przyszedł i na nich czas - tak, ci wszyscy nobliwi pozytywiści kiedyś pisali antyromantyczne manifesty. Tak samo jest z rockiem - jego istotą jest świeżość. Jest wiele dobrych zespołów, ale ta świeżość chyba odeszła bezpowrotnie.

Kiedyś i teraz - rycina bolesna
Brzmi jak problem Pierwszego Świata, ale tak jak umarł jazz, umarł blues, tak chyba już umarł rock. Mój brat twierdzi, że to w ogóle grunge zabił rock, bo przed grunge'em istniały jeszcze prawdziwe brudasy w stylu dawnych gitarowych bohaterów, w czasie grandżu ludzie słuchali tylko grandżu, a gdy grandż się skończył, to w zasadzie nic starego nie zostało, a potem do tego przyszedł rap. Może to i prawda, w każdym razie  z Humbaczkiem zrobiłam sobie przebieżkę po najnowszych trendach i czuję się jak staruch gdy oglądam te wszystkie kapele screamo/metalcore/screamocore/metalscreamocore/brutal death violent scream metal/djent-czyli-gram-na-jednej-strunie, które i tak brzmią jak jeden gatunek i brzmią zastanawiająco podobnie. 

Bring Me The Horizon akurat brzmi nieźle, także dlatego, że nie grają chujozy spod znaku "growl przeplatany typowym amerykanisz autotunowym zaśpiewem". Niemniej jednak dlaczego wszyscy metalcore'owi wokaliści jak jeden mąż są całkowicie wydziarani, tego nie wiem - wytatuowany wokalista, rycina poglądowa

Tym smutniej, gdy odchodzi artysta wciąż działający i poszukujący nowych środków wyrazu - albo odwrotnie, facet, który nawet w puchatych kapciach będzie żywym rock'n'rollem. Rock umarł, rock jest martwy, stary. A na pewno nie jest już tym, czym był kiedyś. Kiedyś wystarczyło pozbyć się zdjęć rekina w akcji, dzisiaj przeczytałabym o nim na Twitterze*.

*Incydent z rekinem miał miejsce w jednym z hoteli w Seattle, który leży dosłownie nad brzegiem oceanu - dlatego też nic nie stało na przeszkodzie, by lowić ryby z okna. W czasie typowych zeppelinowych bachanalii złowiono 30 małych rekinków i walały się one wszędzie, na podłodze, na fotelach, na łóżkach - a skończyło się na tym, że przywiązana do łóżka groupie była zaspokajana taką wciąż żywą rybą ku uciesze zgromadzonych. Zachwycona dziewczyna miała ponoć 20 orgazmów. W innej wersji, kawałkami ryby były napychane jej pochwa i odbyt, również ku uciesze gawiedzi. Nie wiem, co stało się z tą konkretną rybą.

Rekin is judging you - rycina poglądowa