niedziela, 8 listopada 2015

Żabencja od kuchni - jak to drzewiej bywało, jak się kiedyś rysowało

Same okazje ostatnio - osiągnęłam 500 polubień na fejsie, sto tysięcy wejść na blog, który prowadzę już 4 lata, a sama skończyłam ćwierć wieku. Dlatego nie dość, że pragnę podziękować Czytelnikom, to skoro zrobiło się tak okazyjnie i retrospektywnie, pragnę pokazać Wam to, czego w większości jeszcze nie pokazywałam, i nie są to moje nagie zdjęcia. Zrobiłam sobie wycieczkę po starych rysunkach i tadam! oto reprezentacyjne zestawienie, począwszy od tych najdawniejszych, poprzez te najbardziej niezręczne, aż do teraz. Miłego odbioru wizualnego!
(wszystkie obrazki można powiększyć kliknięciem)

1990-1995
Jestem szczęśliwym dzieckiem - zdrowym, najedzonym, w miarę ruchliwym, z nieodłącznym pluszowym Simbą pod pachą, czyli typowym dzieckiem początku lat dziewięćdziesiątych. Wspaniałości Zachodu mam na wyciągnięcie pulchnej ręki: bajki Disneya i Cartoon Network, kucyki Pony, Kaczor Donald i teledyski z lat osiemdziesiątych; wszystko zagnieżdża się głęboko w moim umyśle i często ląduje na papierze.

A to kucyponki

Nie wiem, co to za postacie, ale jakiś dziwny ferment panuje na tym obrazku
(i ta naklejka z Dżafarem, wtf)

To albo moi rodzice, albo wujostwo tuż po ślubie - i tata, i wujek są brunetami,
więc wiecie, muszą być cali czarni jak zwęglona zapałka
1996-1999
Idę do szkoły, przeprowadzam się, na świecie pojawia się Humbaczek. Rozpoczynam prawdziwe życie towarzyskie: wymieniam się karteczkami i naklejkami, nie ogarniam fenomenu Kelly Family i Spice Girls (pozostaję mentalnie w latach osiemdziesiątych), biję się z koleżanką przed lekcją religii. Uwielbiałam  Kubusia Puchatka i poświęcam mu nawet swój pierwszy wiersz; Puchatka często też rysuję, podobnie jak pieski i inne zwierzątka. Szkołę zaczynam z najnowszymi trendami papierniczymi, czyli kredkami Herlitz i zmywalnymi flamastrami Conte; paciam nimi zawzięcie na plastyce.

Od wczesnych lat dziecięcych byłam oczadziała zgniłym Zachodem,
ale przynajmniej byłam pomysłowa i robiłam takie oto ramki z zeszytów



2000-2003
W 2000 roku poznaję mojego pierwszego rysunkowego mistrza, Dona Rosę; do dziś uwielbiam jego drobiazgowe kadry, rozedrganą kreskę i rozbudowane - jak na komiksy o kaczkach - fabuły. Przygoda ze sztuką uczy mnie rysować, a przypadkowe napotkanie Kamienia Filozoficznego (prędzej czy później bym na niego trafiła, od siódmego roku życia jestem wściekłym molem książkowym) skutkuje tym, że Harry'ego zapewne czytać  aż do grobowej deski. Poza tym, jak chyba każdy w tym wieku, jestem dziwnym, niedookreślonym tworem wchodzącym w dojrzewanie, do tego zakochanym w Danielu Radcliffie i stanowczo nadużywającym suchych pasteli Koh-i-Noora. Zaczynam też pisać pierwsze opowiadania  - gustuję w klimatach albo typowo nastolatkowych, albo gotycko-dystopijnych. Zaczynam gimnazjum.

To chyba miało być fantastyczne zwierzę - z ogonem Pikaczu, taa

Naprawdę byłam zafascynowana zwierzętami, nawet robalami -
gdzieś mam rysunki z krocionogami. Tak, KROCIONOGAMI

Zwróćcie uwagę na tego porażonego prądem ptaka. Co ja miałam wtedy w głowie?
Mężczyzna mojego życia
2004
Z deszczu pod rynnę - podstawówka naprzeciwko więzienia jest niczym w porównaniu z tym, co oferowało gimnazjum mieszczące się w sercu Służewca Przemysłowego (zwłaszcza gdy jesteś nieśmiałym kujonem). Przez jeden numer W.I.T.C.H. kompletnie oczadzieję na punkcie Czarodziejek - sprzedaję je przyjaciółce i razem wzdychamy nad Calebem, pierwszym buntownikiem Meridianu. I wtedy zabieram się za rysowanie na serio... to znaczy na tyle serio, na ile może nastolata z dziadowskimi ołówkami, która bezlitośnie zżyna z komiksów.

Brak chromosomu to rzecz przykra

Pikny, rozmazany ołówek <3 w gruncie rzeczy komiksowy Caleb był
strasznym bucem, ten z kreskówki był bardziej zabawny.
Cóż, błędy młodości
2005
Pod choinkę dostaję porządne kredki (Crayola!) i zaopatruję się w lepsze ołówki; nie powiem, by po rysunkach nie było tego widać - ale wiele wody upłynie, zanim przestanę tak syfić kartki. Podpatruję też parę rozwiązań z randomowego numeru Kawaii, który walał się po domu: inwestuję w cienkopis, przestaję rozcierać ołówek i NA TO kłaść kolory, uczę się, jak cieniować kredkami i jak rysować ciastowe stopy; powoli zaczynam realizować własne pomysły. Gdy tylko dowiaduję się z tego samego numeru Kawaii, że bohaterka Kamikaze Kaito Jeanne jest reinkarnacją Dziewicy Orleańskiej (sic), a że uwielbiam Joannę d'Arc, kupuję ten komiks w ciemno na zlocie Łicza - brzemienna decyzja; staję się fanką mangi.

TEN BRUD TO CIENIOWANIE TA ANATOMIA

Dobrze, że miałam ten numer Kawaii i przestałam czynić zło ołówkiem
 2006
Oficjalnie z Łicza przerzucam się na mangę - bezbrzeżnym uwielbieniem darzę Arinę Tanemurę i Tukiji Nao, dlatego rysuję głównie zgnębione anioły i dziewczęta w powłóczystych szatach. Randomowe utwory z głębi młodziutkiego wówczas Youtube oznaczają nieodwracalną rewolucję - natrafiam na power metal i zaczynam nosić glany, ćwieki i czarne, obłe ciuchy; natrafiam na piosenkę z dzieciństwa i poznaję muzycznego mężczyznę mojego życia. A dzięki glanom już drugiego dnia w liceum poznaję dziewczynę w glanach, która też lubi mangę. Zakładam konto na Deviantarcie. W międzyczasie, pamiętnego lata w górach, wymyślam Vincenta.

Prawdę mówiąc, rysunki w tej mandze są piękne, ale fabuła to dno
 i dziesięć metrów mułu. Naprawdę opieka społeczna nie zainteresowała 
się tym, że rodzice podrzucili dzieciaka przyjaciółce, wyjechali za granicę,
rozwiedli się i już nie wrócili?


Jaki lachon, moje serce bije tylko dla niego
2007
Apogeum zmangowacenia - chodzę na spotkania mangowców, gdzie gdzie ludzie w Saskim nawalają się kijami, poznaję mastahów, którzy rządzą polskim Deviantartem i chodzę na konwenty. Hiromu Arakawa zostaje moją nową boginią, a Deviantart jest coraz ważniejszym źródłem inspiracji i zawiści - przelewam doń całą moją miłość do klasycznego rocka, Freddiego Mercury'ego, Roberta Planta i Tima Burtona. Romantyzm na lekcjach polskiego tylko podtrzymuje przewlekłe zgocenie - cały tył zeszytu mam wymazany bohaterami romantycznymi. Zaczynam inwestować w kredki Derwenta i cienkopisy bardziej profesjonalne niż Bic. Nie tylko rysuję - wymyślam Vincentowi koleżankę i zaczynam pisać opowiadanie o nim i o Wiktorii. (Specjalnie nie wstawiam rysunków vincencikowych - to materiał na osobne zestawienie ;)


Jako mangówa padłam ofiarą tej irytującej maniery, która każe infantylizować
dorosłych mężczyzn - teraz narysowałabym Roberta Planta z owłosioną,
spoconą piersią i w obcisłych dżinsach,  a nie jako wesołego przedszkolaka
To niby mój awatar. Nie dajcie się zwieść, ostatnio taka szczupła
 byłam w wieku prenatalnym
2008
Wyjątkowo płodny rok, warsztat rysunkowy i pisarski coraz bardziej się polepszał... na tyle, na ile mógł się polepszyć u nastolaty, dla której steampunk to szczyt elegancji. Opowiadanie o Vincenciku i Wiktorci rozrasta się do stu i więcej stron; wymyślam całe stosy pobocznych postaci (najczęściej efemerycznych i do bólu papierowych) i produkuję stosy rysunków które wcale a wcale nie sugerują, że główni bohaterowie mają zostać parą. Ponadto dzięki Vincentowi wkręcam się w klimaty wampiryczne (nie odwrotnie!). Próbuję też rysować na tablecie, ale mi to nie wychodzi i przez kolejne lata z uporem maniaka twierdzę, że mnie to nie kręci.

Dobrze widzicie, to ekipa z FMA w Maczusiu. W prawym dolnym rogu
znajoma, dla której to narysowałam

Burton strzela po oczach
2009
Burzliwy rok - kończę liceum, zdaję maturę, zaczynam studiować historię, przechodzę przez parę osobistych zawirowań. Powoli wychodzę z gotycko-mangowego kokonu (bye bye, glany), choć paradoksalnie to anime i manga skłaniają mnie do zmiany stylu: Kanashimi no Belladonna uwodzi mnie wiotkimi,hipisowskimi postaciami o długich rzęsach (i o nosach, które nie wyglądają jak cholerna połowa rombu), Balsamista nęci mnie ostrą, ekspresywną kreską i funeralną tematyką (pomińmy skandaliczne niekiedy błędy w anatomii). W poszukiwaniu czegoś, czym zrobię lekki lineart, sięgam po obciaszne, tanie długopisy. Okres ten wspominam niejako z rozrzewnieniem - zwłaszcza, że to były jedne z tych wylewających długopisów.

Carmilla Sheridana le Fanu. Moja prezentacja maturalna była o
wampirach, nietrudno było to przewidzieć
Drumming noise in my head, gargantuiczna łapa i garb na plecach

Let miii siii juuuu striiiipd
2010
Szybko odkrywam, że studiowanie historii to nie jest to, co frogi lubią najbardziej. Męczę się okrutnie, a stres odreagowuję, szlajając się ze znajomą po Starej Pradze udając, że jestę artystkę. Udaję też, że nie jestem gotycka, a i tak rysuję jakieś pseudoburtonowskie smuty w ciemnych kolorach. Zaczynam taśmowo rysować komiksy, inne niż dotychczasowe pierdoły w zeszytach w kratkę.

Tak wyglądałam w czasie pierwszej sesji
(okładka In the Court of the Crimson King)
No dobra, wrzucę jeden vincencikowy, lubię go

2011
Nieprzyjemny i smutny czas; niechętnie wracam do tego okresu. Rysuję o wiele mniej niż kiedyś, ale paradoksalnie potrzeba wyrażenia całej życiowej bejozy idzie w komiksy, których rysuję coraz więcej; Toldie namawia mnie do podboju świata, i tak, natchniona Chatą Wuja Freda, zakładam Koci koci żabci.





Pierwszy ogarnięty komiks! Tak mniej więcej wyglądałam na
każdych zajęciach w Instytucie Historycznym

2012
Rok i smętny, i radosny - odzyskuję powoli rozum i godność człowieka utracone przez studiowanie historii, zostaję rock'n'rollową żoną. Zakładam z Toldie Obrończynie Kanonu, rozpoczynam komiksową ekspansję i wkręcam się w promarkery - rzecz, którą z początku pokocham i której nigdy do końca nie opanowałam (te zacieki...).

Wszystkie moje lęki


2013
Kończę związek i dostaję nieprawdopodobnego kopa - rysuję i piszę jak oszalała, łapię pierwsze zlecenie, odwiedzam Polcon, a przede wszystkim rzucam cholerną historię i Idę Za Marzeniami, to jest na polonistykę. Od razu odżywam, nacierając się jambami i trochejami. W komiksach jestem zaskakująco regularna, wypuszczam pasek co dwa tygodnie.

Takich medżik kolesi rysowałam



Irytacja była ważnym elementem konstytuowania
się mojej świadomości feministycznej
2014
Otwieram rok wielkim osobistym fakapem, ale jedziemy dalej. Polonistyka ryje banię, ale pozytywnie - się ukulturalniam i się uspołeczniam; prócz tego jeżdżę, zwiedzam i się przeprowadzam. Robię jako rysownik-pomagier na archeologii, a kolejne zlecenia uświadamiają mi dwie rzeczy - raz, że już nie jestem takim znowu amatorem, dwa, że trzeba się tym intensywniej rozwijać; widzę swoje braki, ale uznaję to za dobrą sposobność, by nad nimi pracować. Inna sprawa, że w komiksowaniu dopada mnie haniebne lenistwo. Zaczynam też lądować na Kwejku i innych enigmatycznych miejscach Internetu.

Po tym zleceniu znienawidziłam promarkery - z wzajemnością
Robiłam też małe planszówki


Lubię ten komiks, wywołał dziwne poruszenie w Internetach.
Dowiedziałam się wówczas, że gardzę małżeństwem i się z tym obnoszę

2015
Zeźlona na promarkery, wyciągam tablet - zeźlona na niedziałający tablet, kupuję nowy, który okazuje się inwestycją roku. W końcu ogarniam cyfrowy rysunek i chyba nieźle mi to idzie. W obliczu komety ocierającej się o Ziemię robię małe podsumowanie i wychodzi na to, że jestem w miarę ogarniętym człowiekiem z paroma sukcesikami, a skoro nic Ziemi nie anihilowało, mam sposobność sukcesiki te pomnażać. Kończę 25 lat w zadowoleniu, szczęśliwości i prawie zjeżdżając pod autobus... ale jakoś mnie to nie dziwi.

Z Komixxów dowiedziałam się między innymi, że jestem sfrustrowaną
laską, której nikt nie chce, mam obsesję na punkcie swojego biustu
i że w ogóle mam się za siebie wstydzić

Jego Mulistość Sum


Powoli próbuję w kolorze

No i tak... Uroczo było przejrzeć to wszystko z pewnym zażenowaniem. Mam nadzieję, że bawiliście się tak dobrze jak ja, robiąc to zestawienie ;)